RSS
 

z pamiętnika pani z dziekanatu

15 cze

To będzie taki nowy cykl, bo już czasem nie wiem, czy śmiać się czy płakać…

Jak niektórzy wiedzą pracuję w dziekanacie szacownej łódzkiej Uczelni. W przeciwieństwie do stereotypowego dziekanatu nasz jest przez studentów bardzo lubiany, a my zawsze staramy się im raczej ułatwić niż utrudnić życie..

To jednak nie zawsze pomaga. I gdy już mi się wydaje, że pomogłam, wszystko wyjaśniłam i temat wyczerpałam, pada pytanie „czyli co ja mam zrobić”… hmmm…

A dzisiaj było tak, student przychodzi po skierowanie na praktyki. Proponuję mu sierpień, bo miejsc na lipiec już nie ma. Ale na początek sierpnia? dopytuje, wie Pan, nie wiem, ogólnie mam informację, że sierpień, sami ustalacie terminy. – Ale nic się nie stanie jak przyjdę na początku sierpnia? – Mnie na pewno nie :) odpowiadam z najszerszym możliwym uśmiechem…

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ku pamięci

15 cze

Jak kiedyś coś będzie chciał, to mu przypomnę….

Wyszłam spod prysznica, smaruję się balsamem, wchodzi syn mój niepełnoletni i krytycznie patrzy na mnie. – Co jest? pytam, bo patrzy dziwnie.. Tak wygląda goły człowiek, dodaję błyskotliwie, chociaż widział mnie już nie raz… – Tak mamo, ale młodszy człowiek wygląda nago jakoś lepiej…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

rodzice na gigancie

22 maj

W ramach reaktywacji naszego małżeństwa i urodzin mojego męża wybraliśmy się na weekend majowy do spa. Dzieci porzuciliśmy u babci i żeby się za bardzo nie oddalać i nie tracić czasu na dojazd wybraliśmy się do Ossy koło Rawy Mazowieckiej.

Podjeżdżamy a pod tym gigantycznym budynkiem mnóstwo samochodów. I prawie same kombi…. A na szybach znaczki i inne naklejki z informacją jak ma na imię jeżdżący tym kombi potomek. Konsternacja, bo chyba nie o to nam chodziło…
Miał być weekend w spa. Rozpusta i rozleniwienie. Spokój…

„Inwazja majówkowa” nam się trafiła. Weekend Majowy z dziećmi w hotelu… Ekstra! Doprawdy… Pierwszy raz od 7 lat porzuciliśmy bachorki i chcieliśmy spędzić czas w spokoju.

No to spędziliśmy… Sami. Wszyscy inni w hotelu byli z dziećmi. Chowaliśmy się w pokoju i w spa, gdzie mój mąż został delikatnie mówiąc sfilcowany peelingiem, a potem jak twierdzi poparzony lawendą. Jako, że jestem zdecydowanie mniej owłosiona, odczucia miałam zgoła inne.

Jako, że nie korzystaliśmy z dobrodziejstw „pakietu weekendowego”  korzystaliśmy z restauracji hotelowej, która jak dla mnie miała przynajmniej o połowę mniej gwiazdek od hotelu, (a i temu bym ze dwie z czterech urwała….)

Zamówiliśmy dania z rozdziału „szef kuchni poleca” i w sumie nie wiem do tej pory, komu je poleca i dlaczego i za jakie grzechy… Najlepiej z całego posiłku wypadło wino… Po rozmowie z kelnerką, która zdecydowanie była najmocniejszym punktem całego hotelu, zamawianie było już łatwiejsze. Nie zaszkodziła informacja, że mój mąż też szefem kuchni jest (ale w odróżnieniu od tamtego gotować potrafi).

Także odpadła nam kolejna rozrywka. Bo basen opanowany przez dzieci też relaksowi nie sprzyja…

Po niecałych 24 godzinach uciekliśmy do domu i wyrywając dzieci z objęć Niani-Ani (bo i takiego luksusu się dorobiłam po powrocie do miasta) odetchnęliśmy z ulgą, że dopiero sobota i mamy jeszcze całą niedzielę, żeby odpocząć po naszym weekendzie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wyznanie

18 maj

- Mamooo
- Tak syneczku?
- Kocham Cię, wiesz?
- Wiem skarbie
- Ale całą, nawet w tych niezbyt ładnych miejscach..

hmmmm….
później mi wyjaśnił, że chodziło mu o moje wnętrzności….

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Brazylijska telenowela…

15 maj

Połowa lutego, na świeżo odzyskanych skrzydłach i 12 centymetrowych obcasach biegnę na bal z koleżankami. Zabawa średnia, ale w pewnym momencie wieczoru pojawia się ktoś, komu pierwszy raz, już bez obrączki, zdjętej kilka dni wcześniej z palca, mówię „jestem w separacji”…  Może nie do końca oficjalnej, ale tak to się właśnie zaczęło…

Później doszły smsy, spotkania, nawet spacer i godziny przesiedziane w samochodzie. W sumie fajnie, ale od początku wiadomo było, że to szufladka z kategorią „Just for fun”. I tyle. Nadal mieszkałam jeszcze z mężem, czekając na koniec  malowania mojego nowego mieszkania z dala od lasu. Nie czułam, że robię coś złego, w końcu decyzja została podjęta a walizki spakowane… I tak to się powoli toczyło.

2 marca wróciłam do Łodzi. Do mojego ukochanego syfiastego centrum i do mojego mieszkania, w którym wszystko od nowa układałam na półkach. Dzieci zadowolone, ojciec i mąż jeszcze czasem się pojawiał więc dużej zmiany nie odczuły. Ja nie chwaliłam się swoimi rozrywkami, zapewniając, że nie szukam i nie chcę nikogo na jego miejsce. Bo jakby nie było nie chciałam…

A potem nagle ścięło mnie z nóg.. 2 doby temperatury oscylującej w granicach 40 stopni i potworny ból w dole pleców. Zapalenie nerek. Ląduję z mężem na IP, przyjmują mnie na oddział, on jedzie po moje rzeczy i nagle w przebłysku świadomości dociera do mnie, że on ma mój telefon…  Dzwonię z telefonu pielęgniarki i słyszę jak cedzi przez zęby „Kim jest M.”?

O kurwa…

(Trzyma w napięciu, nieprawdaż? )

Przyjeżdża moja mama i mój tata. Dzieci u Najlepszej, gdzie mają spędzić czas, kiedy mnie będą leczyć. Chociaż leczenie to w tej chwili mój najmniejszy problem. Mąż szaleje. W sumie nie wiem czego się spodziewał, jak od niego odchodziłam, ale ego i męska duma ucierpiały w tym starciu poważnie. Gdy się pojawia w szpitalu ciskając gromy jestem już na tyle osłabiona, że nawet nie mam siły się bronić… Opowiadam całą tę „romantyczną historię”, dodając, że dostałam to, czego nie miałam w domu. Zainteresowanie.

„Byłeś beznadziejnym mężem, a jeszcze gorszym ojcem” rzucam mu w twarz.

Zapada cisza…

Wychodzi… Nie mam pewności, czy jeszcze go zobaczę w innych okolicznościach niż sala sądowa….

Kolejne dni w szpitalu mijają mi pod znakiem szoku i niedowierzania.

„Będę o Ciebie walczył, choćbym nawet musiał walczyć z Tobą” – to tylko słowa, które pewnie już kiedyś słyszałam, ale każdy następny dzień wprawia mnie w coraz większe osłupienie. Mimo, że dziećmi zajmuje się moja Najlepsza (święta kobieta, flaszką jej każdy dzień wynagrodziłam), mąż i ojciec zachowuje się tak jak mąż i ojciec powinien. A jak dostaję sms „nauczyłem Franka wiązać sznurówki” osuwam się na łóżku bliska omdlenia :D

I czekam, kiedy mu się znudzi, bo ni cholery nie wierzę, że to potrwa zbyt długo…

Po wyjściu ze szpitala jeszcze 2 tygodnie spędzam w domu. Razem zawozimy dzieci, odbieramy, mąż wozi na treningi, o których nawet do tej pory nie wiedział, że istnieją… Chodzimy na kolacje, spacery po Piotrkowskiej z dziećmi na hulajnogach. Rozmawiamy…

A ja czekam kiedy mu się znudzi, bo nadal nie wierzę..

On mi nie ufa, że skończyłam z M. ja nie ufam jemu,  że tak będzie już zawsze .

Czasem sielankę przerywa wybuch, któregoś z nas. Walczymy. Nadal nie wiedząc, co nam z tego wyjdzie…

Dzieci szczęśliwe, w końcu mają dwoje rodziców na pełny etat. Jak się okazuje pracę też da się pogodzić z wychowaniem dzieci i bywaniem w domu.

Co pewien czas wypływa temat M. , który w dość dramatycznych okolicznościach (bez obaw wszyscy żyją), kończy się dopiero niedawno. Oboje dokonujemy rytualnego katharsis , obficie spłukując winy winem i żyjemy nadal. Razem, silniejsi  niż kiedykolwiek.

Ja zaczynam wierzyć, że tak będzie zawsze, co więcej tego właśnie chcę.

Rozmawiamy, śmiejemy się razem.

Czasem nawet trzymamy się za ręce.

Facet, którego zostawiłam, bo tego nie potrafił mi dać. Oboje daliśmy sobie szansę. Tym razem na moim terenie i na moich warunkach.

Nie umiem żyć i być szczęśliwą poświęcając siebie. I nie zamierzam o tym już nigdy zapomnieć….

Mam coś co ma mi o tym przypominać. Ma przypominać nam obojgu..

 

hero

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z nowym rokiem….

04 sty

Chciałabym powiedzieć, że ruszyłam już nowym krokiem,  niestety wciąż czekam na klucze od mojego nowego mieszkania. Dzięki mojemu urokowi osobistemu i całkiem niezłej ręce do organizowania spotkań towarzyskich mam już również skompletowaną ekipę remontową. Wina, kleju do tapet i farby nie powinno zabraknąć. I pizzy jak sądzę… Wciąż jednak brakuje mi kilku brzęczących kluczyków…
A wtedy ruszę z kopyta. Szczerze? Od momentu, kiedy zwerbalizowałam tę myśl, jestem dużo szczęśliwsza. I w dupie z tym, że sprzedałam własne mieszkanie i zainwestowałam w dom, który właśnie porzucam… cóż. Jak się okazuje karma nie zawsze jest sprawiedliwa…

Nawet nie mogę powiedzieć, że przenoszę się w moje nowe miejsce, bo tak naprawdę nie będzie moje, tylko… pożyczone.. Ale będzie moje dla mnie. I dla moich dzieci, którym to mieszkanie będzie musiało zastąpić dom z ogrodem. Jedyny dom, które znają jako własny. Wspólnie urządzimy ich nowe pokoje i pomaluję im ściany na jakie kolory będą chciały… I będziemy tam szczęśliwi. Tak naprawdę. Bo już mam dosyć udawania bycia szczęśliwą. Bo szczęście nie polega na tym, że ma się więcej niż inni. Szczęście, to nie są półśrodki…

Sylwestra spędziliśmy razem, chociaż lepszym określeniem byłoby w tym wypadku, że spędziliśmy go  w tym samym miejscu… I tak jest ze wszystkim, czasem jesteśmy w tym samym miejscu, ale juz nie bywamy nigdzie razem…

I to nawet nie boli. I nie odczuwam tego jako strasznej życiowej porażki. Miałam 50% szans. nie udało się, bo w sumie miało prawo się nie udać. Zrobiłam co mogłam? Sama nie wiem…

Na pewno mogłam zrobić coś więcej. Tylko po co?

Może jeszcze kiedyś będę szczęśliwa… Tak naprawdę szczęśliwa. Tak, że może sama w to uwierzę.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

najpierw naleję sobie wina…

14 gru

nalałam. piję..

Pyszne carmenere będzie wyśmienitym tłem do opisania moich noworocznych postanowień.

Palenie rzuciłam już jakieś półtora miesiąca temu, pozbyłam się również niepotrzebnych kilogramów. Pracę swoją uwielbiam i satysfakcję mam zawodową całkiem niezłą (pomijając finanse ;) ). Dzieci cudowne i absolutnie doskonałe.

Mąż.

I dom.

Właśnie. Najpierw przyszła myśl. „Nie chcę już dłużej mieszkać tak daleko od cywilizacji, tak blisko dziwnych, nieobliczalnych ludzi (spalenie własnego dachu to tylko czubek góry lodowej)”. A potem przyszła kolejna myśl…. „chcę mieszkać w centrum miasta. sama z dziećmi”.

Minęły 3 tygodnie od zwerbalizowania tej myśli, która jak się okazało, po spojrzeniu wstecz, tkwiła we mnie dużo dłużej, nieco uśpiona lekami i nikotyną… W tym tygodniu mam nadzieję sfinalizować sprawę mieszkania. W kolejnym chciałabym zacząć działać z przeprowadzką.

W nowym roku chciałabym zacząć nowe życie. Sama z dziećmi. Nie pokłóciłam się z moim mężem, nikt nikogo nie zdradził. Nie wydarzyły się żadne dramaty. Właściwie mogłabym powiedzieć, że rozstajemy się w zgodzie. Tyle, że tak naprawdę to ja odchodzę. To ja w końcu powiedziałam, że już mi się nie chce… Nie chce mi się czekać, jeździć samej na wakacje, spędzać wieczorów we własnym towarzystwie. Nie chcę być dłużej samotną matką-mężatką. To bez sensu.

Odchodzę, póki jeszcze możemy na siebie patrzeć, póki jeszcze się lubimy. Tak chyba powinni rozstawać się ludzie.

Mam 37 lat, dwoje dzieci. Zaczynam wszystko od nowa.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dedykacja

14 lis

Szanowni Państwo, koledzy, koleżanki, niniejszym chciałabym podziękować za „kopa” otrzymanego wśród klocków lego i moją internetową reanimację. Reanimacja jak widać przebiegła pomyślnie, nic dziwnego, w końcu „kopiący” jest doktorem nauk.

Doktor T. we własnej osobie, macając jednocześnie minifigurki lego w poszukiwaniu TEJ odpowiedniej, zganił mnie za braki w blogowaniu i tak oto jestem, skruszona i pełna werwy. No bo co, jak co, ale podpaść doktorowi, który leczy dzieci?! W życiu!

No to jestem. Jak czas pozwoli to Wam napiszę jak mój teść sobie dach spalił…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z gospodarską wizytą

13 lis

Jako, że ciast piec  nie umiem a słodyczą w piekarniku brzydzę się niezmiernie, spełniam się kulinarnie w pieczeniu ptaków wszelakich lub ewentualnie różnych części zwierząt parzystokopytnych.

I tak oto w okolicach św. Marcina pojawia się u mnie gęsina, że tak śpiewnie zrymuję. I rodzice. I tak sobie, jak co roku siedzimy przy tym ptaku i nagle mama mówi patrząc przez okno

- Mieciu, ktoś do Ciebie przyszedł, w płaszczu i z parasolem. – karramba, myślę sobie, jak nic szpieg z krainy deszczowców.

Wyglądam przez okno…..

- Eeeeee, mamo, to chyba burmistrz….

No to poszłam i otworzyłam, bo co, burmistrza nie przyjmę? I rzeczywiście z gospodarską wizytą, przed wyborami pojawił się w naszym lesie burmistrz. Nieco rozczarował go fakt, że akurat żadna z obecnych w domu osób nie może na niego głosować, bo wszyscy zameldowani jesteśmy w Łodzi, ale obiecałam mu, że mąż na pewno na niego zagłosuje, bo przecież dzieci leczymy u burmistrzowej żony…

Ucieszył się niezmiernie z popularności własnej małżonki, czym ujął mnie prawdziwie i każde z nas powróciło do swoich zajęć. Burmistrz do kampanii, a ja do ptaka i rodziny.

Muszę przyznać, że macocha z zazdrością niejako spojrzała na nasze zwyczaje, bo jej kandydaci na prezydenta Łodzi nie odwiedzają. Ale może to te zapachy go zwabiły. Gęś w piekarniku i już burmistrz na schodach.

W sumie też żałuję, że mnie obecna prezydent Hanna Z. nie odwiedziła… Miałabym naprawdę dużo więcej jej do powiedzenia… Na przykład odkryłam ostatnio jedną przejezdną ulicę w centrum miasta. Myślę, że ktoś powinien odpowiedzieć za to niedopatrzenie i bezzwłocznie ją rozkopać!

 

 

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

2,5 miesiąca

12 lis

Tyle mam za sobą jako matka pierwszoklasisty i chyba już mogę pokusić się o pierwsze refleksje.

Oto one:

)$!#&*)~&$&)%+_&)%+)

Jeżeli do tej pory myślałam, że nie mam czasu, to byłam w błędzie. Jeżeli myślałam, że wożenie do przedszkola i pamiętanie o przyniesieniu na określony dzień marchewki czy kredek w kolorze lazurowym, to wyczyn, to byłam w błędzie.

Teraz wstaję o 5.30 robię starszemu dziecku kanapki do szkoły, młodsze zwlekam z łóżka, obojgu szykuję ubrania i zawożę zaspane bachorki w różne miejsca przez rozkopane centrum miasta, a wszystko to zanim wstanie słońce. …

Jest bosko.

I teraz na dodatek muszę pamiętać, żeby Franio odrobił lekcje, spakował tornister, miał strój na wf, żeby Helenka miała ubranie na rytmikę i wszystkie inne bardzo potrzebne akcesoria. A to wszystko tylko w godzinach szkolnych. A przecież to dopiero początek.. Bo przecież dziecko musi na jakieś zajęcia dodatkowe chodzić. Najlepiej niech spróbuje wszystkiego, a potem się coś wybierze. No to spróbowaliśmy – dodatkowy angielski, lekkoatletyka i boks. No i wybraliśmy – dodatkowy angielski, lekkoatletykę i boks. A ja mam jeszcze doła, że zła ze mnie matka i dziecko na basen nie chodzi. No nie chodzi….  Na razie…

Całe szczęście, że chociaż Helenka ma w pakiecie przedszkolnym różne atrakcje bo trupem bym padła jak nic….

Ale Franek pytany o szkołę mówi, że jest wspaniała i fajniejsza niż przedszkole. Ech…

Szkoła rzeczywiście jest wspaniała. Wychowawczyni jest wspaniała, towarzystwo odpowiednie ;) nauki dużo i świeżo rozbudzona ambicja u mojego pierworodnego również mnie cieszy.

I ta 6 z pierwszego dyktanda też mnie cieszy… I wszystko mnie cieszy jak jasna cholera…

Jestem tylko trochę tym wszystkim zmęczona. I mam wrażenie, że Helenka mi się w tym wszystkim trochę zagubiła, bo się na jej braciszku skupiłam. I tak mi czasem z tym źle.

I o niczym tak nie marzę jak o wrześniu 2015. Srał pies wakacje i inne atrakcje, ja już chcę wrzesień, kiedy to będę miała dwoje w jednej placówce i roczne doświadczenie w zarządzaniu czasem matki szkolnej….

 

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS