RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2009

nie mam czasu!!!!!!!!!

29 lip



Poleżalam
sobie a pozniej musialam jechac na zakupy przed wyjazdem. Kupilam paskudkowi
lozeczko turystyczne, bo po 2 nocach w szpitalu wiem na pewno, ze w
przeciwienstwie do mojej ulubionej tesciowej nie będę sypiac z moim dzieckiem w
jednym lozku. No i kupilam mu jeszcze 2 pary bucikow, szorcikow i w ogole
ponioslo mnie, ale lubie mothercare, a jeszcze te wyprzedaze…  i bidonik mu kupilam, no bo go lubie… coz
poradze..

A w
ogole moja tesciowa… to jest dopiero kwiat….

wiecie od czego sie u mnie zaczęło? otóż ja jestem w
szpitalu z moim dzieckiem, a ta wariatka dzwoni do mnie zmartwiona oczywiście i
mówi, ze my dziecku jeść nie dajemy i to dlatego on tak wszystko zrywa z
krzaczkow i zjada. ja pierd.. myślałam ze ja zabije. powiedziałam, ze nie mam
czasu i sie rozlaczylam. nie mam czasu do tej pory, bo jakos NIE MAM CZASU !! nie bede z nia gadac, bo
jest po prostu glupia… moje dziecko zrywa sobie z krzaczkow porzeczki,
jagodki i poziomki, bo je uwielbia, a nie kurwa 
z glodu… no co za baba. no i jeszcze mi sie wszystko trzęsie
jak o tym pomyślę. mam jednak swiadomosc, ze ona gdyby jej corka
"cos" zjadla z drzewa, prawdopodobnie nie zauwazylaby tego, bo pewnie
akurat by nie patrzyla, a juz na pewno nie wiedzialaby co zjadla, a nawet gdyby
wiedziala, to nie wpadlaby na to, ze to jest trujace, a jezeli nawet na to by
wpadla, to by jej sie kazala wyrzygac i poczekala do rana, bo "moze nic
jej nie bedzie"

no to jeszcze tak… moj maz  jest pare
lat ode mnie mlodszy, a na dodatek jego mamusia nie miala jakiegos pędu do
nauki w swoim zyciu i w ciaze zaszla jak miala 19 lat, w zwiazku z tym stara
nie jest… a dokladnie, jest 12 lat ode mnie starsza. niestety przepasc miedzy
nami jest ogromna.. pomijajac wyksztalcenie i to, ze ja jestem
"miastowa" a ona od zawsze mieszka na wsi, to jeszcze nasze podejscie
do zycia rozni sie diametralnie, np. wczoraj moj maz uslyszal, ze my
"uciekamy od naszego dziecka" czyli mowiac po polsku – wozimy go zlobka
zamiast klincowac z nim calymi dniami. to nic, ze jej corka ma kontakt jedynie
z naszym Frankiem, reszta jest grubo po 20-tce. dzika jest, ale "szkoda
jej do przedszkola" – w dupie z tym, nie moj cyrk, nie moje malpy, ale jak
sie jeszcze raz wpierprzy w moje zycie i uslysze jakas uwage na temat tego co
robimy i jak, to bedzie dym…

nooo ale plot w planach robi sie coraz wyzszy….
dla niezorientowanych – mieszkamy chwilowo na jednym terenie, co prawda w 2
koncach hektarowej dzialki, ale zawsze, plot powstanie jak tylko uzbieram kase
na zelbeton i wykopanie fosy.

i wiecie co? zawsze marzylam o tym, zeby wyjsc za sierote, ten los bywa
przewrotny i okrutny….

moj maz juz tez NIE MA CZASU :) bo uslyszal od matki, ze nie powinien
wychodzic wieczorami z domu, i w ogole jej nie przyszlo do glowy, ze rozmawia z
doroslym facetem.. mnie tez juz to kiedys powiedziala, ale powiedzialam jej, ze
nie mam nic przeciwko temu jak raz w tygodniu umowi sie z kolegami, zeby
pojezdzic na motorze. no to skoro ja nie mam nic przeciwko temu, to uderzyla do
niego… ze nie powinien i ze to tak nie mozna, bo jeszcze cos niedobrego z
tego bedzie – ze niby powinnismy byc o siebie zazdrosni, czy cos.. masakra.
powiedzial mamusi, ze my nie mamy pierdolca i nie musimy spedzac wieczorow
trzymajac sie za raczke na tej samej kanapie, bo mamy do siebie zaufanie i
kazde z nas ma tez wlasne zainteresowania i nie mamy nic przeciwko temu, zeby
spedzac troche czasu osobno, a wrecz jest to wskazane, zebysmy nie oszaleli..
no ale, chyba jej nie przekonal…

wiecie co? on chyba jest adoptowany….. albo go w
kapuscie znalezli…

a wydawalo mi sie, ze moja tesciowa jest po prostu
glupiutka, ale niegrozna. tzn nadal uwazam, ze jest niegrozna, ale ta jej
glupota zaczyna byc meczaca

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kochać i tresować

28 lip




Leżę, a przynajmniej probuje się ruszac jak najmniej. Nie
umiem tak lezec bez sensu to ciagle zasypiam z nudow i tylko czasem mnie ktos
budzi:

zadzwonila gwiazdeczka Era Gsm – mam
dla Pani wyjatkowa oferte – milion piecset smsow… no zajebiscie prosze pani,
ale ja w zyciu wyslalam ich moze ze 100 bo ja wole mowic i powiedzialam pani
Erze, ze ja jej te smsy daje w prezencie i dobranoc.. byla 14
:)

A w
ogole to
dzisiaj przeczytalam w blogu pierwsza-zona
zdanie, ktore idealnie opisuje moje podejscie do dzieci…

"Trzeba kochac i tresowac.
kochac i byc egoista. "
i wiecie co, zgodze sie z tym całkowicie. nie wierze w
opcje "takie dziecko ci sie trafilo to masz latwo" nie mam latwo i
nie miałam, to jaki on jest teraz, ze sam zasypia, ze przesypia cale noce, ze
potrafi sie sam bawic i ladnie je to nie tylko zasluga cudownego charakteru z
jakim sie urodzil, ale moja ciezka praca.. i podobnie jak pierwsza-zona jestem
konsekwentna i moze nie jak napisala hitlerowsko bezwzgledna, ale naprawde
konsekwentna. i ciesze sie, ze swoich spokojnych wieczorow kiedy to dziecko
spi, a ja odpoczywam, jestem egoistka i na szczescie moj syn to uszanowal
Jmam nadzieje, ze moja corka
rowniez bedzie tak mila
:)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dzieci i służba zdrowia

27 lip




Pięknie, kurwa, pięknie… ostatni weekend upłynął nam na
bliskich spotkaniach najpierw z trującymi drzewami (cis pospolity – taxus bottata
– roślina niemal w całości trującą i to zajebiscie trujaca) później ze służbą
zdrowia – czyt. Szpital dziecięcy przy ul. Spornej. Taaa.. mój pierworodny,
ukochany synek postanowił u dziadka na imieninach sprawdzić, czy te fajne
czerwone owocki na krzaku to poziomki, maliny, czy może porzeczki? Na szczęście
przytomny ojciec zobaczył, ze dziecko cos spożywa, przytomna matka rozpoznała  podejrzany krzak na zdjęciu w necie, a po
rozpoznaniu skojarzyła błyskawicznie – cis-trujace-jedziemy do szpitala. No i
pojechaliśmy…. Izba przyjęć – my z dzieckiem i z gałązka trafiamy na znana nam
z zapalenia płuc (pol roku wcześniej) panią doktor no i ona mówi – płukanie
żołądka pod narkoza, szybko………. Jak szybko to szybko.. wjechaliśmy na gore i
tam nam zabrali naszego najlepszego i już nieco nieprzytomnego po zastrzyku
synka.. i poszli go płukać… po godzinie nam go oddali w duuuzo gorszej formie… zaczął
się budzić i tak płakał, ze serce pokroiło mi się w plasterki cieniutkie jak
Carpaccio a potem pękło na pół.

Było marnie… leżałam i przytulałam myszorka cala noc, a on płakał
okablowany i podłączony do monitorów do 3. .potem dopiero zasnął, a ja starałam
się nie ruszać i nie oddychać, żeby go nie obudzić.. to nie jest łatwe z
wielkim brzuchem i wierzgającą w środku Helenka.

Rano było już lepiej, ale nadal ten blady, smutny i wymęczony
chłopczyk nie przypominał mojego Franka. Dopiero po południu zaczął nabierać
koloru i energii.. pod wieczór miał jej już duuuzo więcej niż ja. Ja padałam na
twarz, zmęczona, zdenerwowana, niewyspana, w ciąży……..

Położenie małego dziecka spać w szpitalu jest raczej trudne,
po korytarzu bowiem biega około 20 sztuk dzieci i młodzieży pozbawionej opieki rodziców,
którzy albo poszli już do domu, albo udają, ze nic nie widza/nic  nie słyszą/dajcie mi spokój/to nie moje
dziecko.. no wiec biega tego po korytarzu mnóstwo i krzyczy.. a mnie się
wydawalo, ze dzieci w szpitalu SA biedne, chore i slabe… jedyna biedna i slaba
bylam ja… udalo się po półtorej godziny przytulania i glaskania po glowce
zdretwiala reka. Ale niewazne.. to wszystko nic.  Najważniejsze, ze mój synek czul się lepiej,
nawet jeżeli to mialo oznaczac, ze ja już nigdy nie zasne…

Dzisiaj rano jakas kretynka natomiast stwierdzila, ze musi
koniecznie wiedziec o 6 rano ile stopni ma moje wtulone we mnie, spiace
dziecko……….. oczywiście się obudzil, bo teraz w szpitalach maja takie
zajebiste, wypasione pikające termometry elektroniczne, które pokazuja co chca
i tak naprawde nikogo to nie obchodzi. Młody się wkurwił nieziemsko i już nie
zasnął do 9, swietnie natomiast do tego czasu biegal po korytarzu, a ja za nim…
nadal z wielkim brzuchem, nadal zmeczona i nieziemsko spiaca.. wypisali nas o
15……….. po tym jak przebieglam po korytarzu maraton pt „w pogoni za Frankiem”.

 ale jest dobrze…
wyniki super, zareagowaliśmy szybko, a lekarze uratowali nam synka, za co będę
im wdzieczna już do konca  zycia.. bo ten
cis… to jest jedna z najsilniejszych trucizn.. na szczescie najbardziej trujace
sa igielki, a nasz syn woli owocki od galezi.. thanks god!!

żeby nie było, ze to już koniec ze sluzba zdrowia na dzis,
to wlasnie wróciłam od helenkowego lekarza i okazuje się, ze 10 dni bez meza w
domu + 2 doby w szpitalu z mlodym, skrócily mi szyjke i mam lezec………… no to
wlasnie leze, ale w czwartek w nocy wyjeżdżam na wakacje i chyba nie będę tak
calkiem plasko lezec.. na szczescie jade z mama, to ona wezmie na siebie
przenoszenie Franka i bagazy. no jakby nie było mam się oszczedzac, bo zarty
się skończyły… .

Natomiast miedniczki nerkowe się nie zmienily (nie urosly
znaczy się od ostatniego usg) i to jest ta dobra wiadomość. Poza tym MAM LEŻEĆ
!! no to leze. I będę tak lezec jeszcze ze 2 godziny, pozniej pojde lezec do
sypialni, a potem zawioze młodego do zlobka, przyjade i będę lezec,  az będę musiala po niego jechac a pozniej……
pozniej troche sobie nie poleze, chyba, ze maz szybko wroci z pracy.

Ale na razie leze i dobrze mi…………………. W koncu czuje się w
miare spokojna……. Jedno dziecko uratowane, teraz musimy skupic się na drugim.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

tsunami nad nami

24 lip




O matko co to był za wieczór.. a raczej o ja pierdole! No
wiec siedzę sobie, czytam blogi/rozmawiam na gg z Ju/oglądam TV i nagle patrzę,
a jest ciemno.. no dziwne to dosyć, bo az tak się nie zasiedziałam i było
raptem po 20 a ciemno było jak w dupie. I jakos tak dziwnie w ogóle… wstałam z
kanapy i wolnym krokiem podeszłam do okna. Potem sprawy potoczyły się
błyskawicznie. Zerwał się huragan, cyklon, czy jakieś kurwa tsunami… wbiegłam
na gore pozamykać okna, żeby mi dziecka śpiącego nie wywiało, zbiegłam na dół
powtórzyć manewr z oknami i trzasnęłam zewnętrznymi drzwiami… uff jestem
bezpieczna.. hmmm… parasol…. Na tarasie… w stoliku… próbowałam otworzyć okno
balkonowe, ale mnie cofnęło i w tym samym momencie stolik buch na plecki a parasol
razem z nim. No to myślę sobie srał pies i stolik i parasolik i wtedy zadzwonił
telefon… Teściowa! Czy mój syn to będzie wracał na motorze?? Nie kurwa, dzisiaj
wyjątkowo wróci dyliżansem przez prerie, omijając huragan.. „bo ja się martwię”
– no być nie może, myślę sobie! Martwi się i zawraca mi głowę jak ja tu z
cyklonem walczę… zaczyna przygasać światło a ja gorączkowo poszukuje zapałek..
no pięknie od czasu zahelenkowania i rzucenia palenia znalezienie zapałek/zapalniczki
nie jest łatwe.. rzucam się wiec szczupakiem do płyty gazowej i w ostatniej
chwili, elektrycznym zapłonem zapalam gaz…….. i sru! Prądu nie ma, ale gaz się
pali. No to zgromadziłam świeczki podręczne i zrobiłam sobie piekny,
romantyczny nastrój.. wściekła jak osy dwie.. mąż jedyny w pracy i jak już
wiadomo szybko tym zasranym kawasaki nie wróci w ten pieprzony huragan.. na szczęście
pierworodny śpi jak kamień i nic go nie rusza, nawet to, ze zaraz jego pokój
odleci wraz z reszta domu w jakąś odległą galaktykę. No nic spi, a ja nerwowo patrzę
na stan baterii w laptoku…. Damy rade, jeszcze 50 minut..

A teraz kilka slow wyjaśnienia dramatyzmu sytuacji:

-wyprowadziłam się na wieś po 30 latach spędzonych w centrum
miasta i to naprawdę DUŻEGO miasta…

-prądu nie miewałam tylko w sytuacji, kiedy włączyłam w tym
samym czasie zmywarkę, pralkę, czajnik i żelazko. A i wtedy wystarczyło cos odłączyć
i wcisnąć korek.

-nasz dom stoi na ogromnej działce, częściowo naszej, ale
kompletnie nie ma obok nas domów z jednej strony a jedynie łąka i kilka drzew –
czyli idealne miejsce na przejście huraganu.

-dom nowy nie jest podobnie jak linia wysokiego napięcia, no
to już nam drugi raz przy burzy szlag (wyjątkowo trafne określenie, musicie przyznać)
ją trafił.

-nienawidzę nie mieć prądu.

-mąż pracuje do 23

 

No więc pogodzona z losem, ze jestem w czarnej dupie
położyłam się na pleckach na kanapie i czekam na prąd/powrót męża, wszystko mi
jedno.  Zasnęłam, tymczasem mąż powrócił.
Usiedliśmy, pogadaliśmy i stwierdziliśmy, że już nic nie wymyślimy i idziemy
spać. Weszłam na górę, zapaliłam światło, zajrzałam do młodego i………. o kurwa,
zapaliłam światło!! Czyli jest!! No to dziwne, bo przed chwilą na dole nie
było… mąż idzie na dół i co? Nadal nie ma prądu!! Na górze jest.. z dziwną miną
grzebał przy korkach a ja tymczasem rozkoszowałam się światłem, ładowarką,
laptopem… „kochanie, to chyba nie u nas, to chyba elektrownia”, ale, że jak?
„no fazy jednej nie mamy” hmm… no ważne, ze jest chociaż druga. Poszliśmy spać
a rano faza cudownie się odnalazła.

Teraz sobie siedzę i mam taką głupią nadzieję, że jakimś
cudem prąd zostanie ze mną do końca dnia/wieczoru/nocy – i niech moc będzie z
Wami!!

 

Uff.. już południe, prąd jest, chmury SA, burzy brak. Głowa
mnie boli chyba będę sobie apap chrupać, może pomoże? Ale jak to z Ju
stwierdziłyśmy, nic mnie nie przygniotło (w sensie zwalone drzewo, bo brzuch to
raczej jak najbardziej) no i mam dach! Brzydki bo brzydki, ale jest. I nadal
tam gdzie powinien. No to sobie siedzę, gadam na gg/instaluje simsow3/czekam na
mamę i nerwowo podglądam TVN meteo.. ale tak mnie przytłaczają te wieści
poburzowe, ze chyba przełączę. No najważniejszego się dowiedziałam – burze poszły
precz na Ukrainę. No i chwała im za to, sorry Ukraino i dont kraj for mi
ardżentina. A tak mi się jakoś skojarzyło.

Właśnie Ju ustaliła z lekarką, ze będą stymulować jajniki, w
sensie, ze jej, a nie tej lekarki.. no ja bardzo proszę, tylko okazało się, ze
w wyniku „zdarzających się skutków ubocznych” może stać się grubą, łysą,
wkurwioną i na maxa śpiącą matką trojaczków… a wszystko to dla becikowego….
Ech.. J

Już chyba zaczyna świrować bo przesłała mi link do blogu
faszonowego Suri Cruise… no chyba oszalała kompletnie… i jak ja mam teraz Helenę
w h&Mie ubierać, jak tam taka piękna sukieneczka z falbaneczkami jest od
dolcze kurwa gabana….. teraz mam dołek i ide chrupać apap..

No nic, to dziecko i tak będzie miało traumę z dzieciństwa
jak zobaczy swoje zdjęcia ze szpitala w śpiochach w trupie czachy po naszym
pierworodnym… no może chociaż pasiaka z napisem „Little dude” jej odpuszczę………….
Piękna będzie ta nasza Helena, nie ma co…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

muchy w tunelu

23 lip




Miałam zrobić pranie, albo i dwa.. zasypać wiśnie, wczoraj
wydrylowane, cukrem, zakręcić i pasteryzować raptem 20 min. I co? Postanowiłam
to wszystko i ległam na kanapie. Od czasu tego „postanowienia” – leżę jak w
transie jednym okiem oglądając tvn24, drugim drzemiąc, a wszystko to dzieje się
właściwie w tym samym czasie, ooo i jeszcze jem kanapki ze śledziem w śmietanie
i popijam wygazowana ale zimna coca-cola.

Jestem w ciąży, na zewnątrz jest 35 stopni w cieniu. To
powinno tłumaczyć cala moja niechęć do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego albo i
nawet psychicznego, ale nie wiem czy tak jest rzeczywiście.

Zrobiłam sobie super przeciąg, gorący jest, ale przynajmniej
w ruchu. W przeciwieństwie do mnie, bo ja od 10 rano (czyli od 4 godzin)
pozostaje w bezruchu, a jedynie czasem kłapnę szczeka i połknę trochę
śledzia/ciasta/coli/nestea/ricore/pasty z jaj. Gorąco jest, ale przeżyję ..
chyba ze ktoś mi każe wsiąść do samochodu. A już niedługo moje sumienie mi
będzie kazało, żeby pierworodnego ze żłobka odebrać.. ale w sumie on tak lubi
tam być, a już niedługo przez cały miesiąc żłobek będzie zamknięty, to może
niech posiedzi teraz codziennie godzinkę dłużej i się nacieszy?? A ja poleżę w
moim gorącym przeciągu? I będę kichać.. bo kicham.

Co się robi z dzieckiem uzależnionym od żłobka, jak takowy przybytek
jest zamknięty przez miesiąc, a matka tego dziecka nie ma siły, bo targa przed sobą
6 miesięczny brzuch wypełniony wierzgającą siostrą owego uzależnionego
pierworodnego? Przebiegle zaplanowałam w tym czasie wakacje! Zabieram matkę
swoja, dzieci urodzone i te jak najbardziej w środku i jedziemy na Kaszuby. Mąż
mój jedyny, aczkolwiek niezupełnie ulubiony, (przynajmniej czasami), zostaje w nagrodę
sam w domu i ma skończyć dolna łazienkę, bo nie będę się wspinać z kanapy z
brzuchem 8 i 9 miesięcznym co 5 minut na siku…… no wiec on nie jedzie. Fajnie
ma w sumie, tez bym chciała zostać tu sama, tylko, żeby mi nikt nie kazał nic robić.. 

Ciekawe co zepsuje jak będzie naprawiał to, co popsuł poprzednio?  Hitem jest listwa przypodłogowa, której montaż
pozbawił nas ogrzewania. Na szczęście stało się to w czerwcu, ale na zewnątrz
było 8 stopni. Pech. Rura została przewiercona i dupa zbita, trzeba kuc. A to,
ze wprowadziliśmy się do niby wyremontowanego domu miesiąc temu, to już nie ma
większego znaczenia. Będzie kute i malowane, bo zdarzają nam się rożne dziwne
rzeczy. Okazuje się paradoksalnie, ze najmniej szkód produkuje nasz 1,5 roczny
pierworodny. Jesteśmy lepsi! Dużo lepsi.. będzie miał się od kogo uczyć.. a
potem nauczy siostrę, a wtedy będziemy musieli wyrzucić naszych lokatorów, wprowadzić
się z powrotem do kawalerki i zburzyć ten dom, bo już nic go nie uratuje. Na
razie nie martwimy się tym co popsujemy, bo jest jeszcze masa rzeczy do
naprawienia, to jakoś się te nowe „przy okazji” naprawi..

Muchy mnie już nawet nie denerwują, a lata ich kolo
kilograma u nas. Może im tez się mój przeciąg spodobał i robią sobie ćwiczenia
w tunelu aerodynamicznym?

Nie będę o tym teraz myśleć.. niech sobie bzykają, jak mnie
się nie chce………. Idę spać.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kryzys na tarasie

22 lip




Siedziałyśmy dzisiaj z koleżankami na tarasie sącząc cole/wodę
mineralna (2 ciężarne i 2 starające) i pochłaniając ciasta z owocami sezonowymi
(wiśnie/porzeczki/maliny) i tak sobie rozmawiałyśmy o życiu małżeńskim. Ja – doświadczona,
stara mężatka z 2 letnim stażem, one jeszcze młode – z rocznym. I w sumie
stwierdziłyśmy, ze nie możemy narzekać.. czyli rzeczywiście nie za długo
jesteśmy w tych małżeńskich związkach. To znaczy nie do końca, bo okazało się,
ze ja, jako najstarsza stażem mam mniejsza ochotę na sex i porywy romantyczne
są jakby mniejsze niż u nich. Ale z tego co się zorientowałam są już na dobrej
drodze i niedługo dojdą do miejsca, w którym ja już jestem.

No bo z tym sexem to właściwie jest tak, ze może i bym miała
ochotę, gdyby mój mąż jedyny (czasem tylko ulubiony) bywał w domu akurat wtedy,
kiedy mnie ochota najdzie.. a ze bywa tu głównie późnym wieczorem/nocą,  a ja wtedy jak na ciężarną przystało jestem
niemiła i Spie, to nam nie idzie.. rano tez się nie da, bo miedzy 6-7 przybiega
pierworodny, kładzie się miedzy nami i domaga się mleka.  Na szczęście nie mojego, bo produkcji
zaprzestałam już ponad rok temu… w każdym bądź razie na amory nie ma szans, bo
myszorek układa się po wypiciu swojej porannej flachy kolo mnie i śpi, jak na
grzeczne dziecko przystało do 8-9. Sorry, ale za cholerę nie zamienie tego
porannego snu na sex.. w życiu, never!

No i tak sobie siedziałyśmy i tak sobie rozmawiałyśmy.. o
dzieciach, zakupach, domach i samochodach.. no i tak się w pewnym momencie
zaczęłyśmy zastanawiać, czy to wypada, bo podobno jest kryzys i raczej wypada narzekać
na sytuacje własna materialna, narodu i w ogóle świata. A my o dzieciach
(pierwszych/drugich/zaplanowanych) a jak wiadomo to drogie jest cholernie
hobby. O nowych/starych/kupionych/wyremontowanych domach/mieszkaniach i
samochodach, względnie motorach(bo mój mąż z tych wlasnie jednośladów)..  i tak cos nas tknęło.. no i sister mówi
rezolutnie „ejj a podobno jest kryzys” no to my po sobie.. hmmm… no
rzeczywiście… no ale co z nim? „no bo wiecie, jest kryzys, a my tak sobie
swobodnie w rozmowie pieniążkami szastamy” hmmm… no niby racje ma, ale… no przecież
jest!! Bo my tak sobie przed 19 siedziałyśmy na tarasie mocno rozleniwione, a
nasi mężowie?? Zapierdalali na etacikach……… o to rzeczywiście musi być kryzys,
bo jakby go nie było, to może by siedzieli z nami???

Nieeeeeeeeeeeeeeeeee  J 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS