RSS
 

Archiwum - Listopad, 2009

A listopad tego roku kończy się na Spornej

30 lis



 

Nie lubię listopada, to chyba najgorszy miesiąc w roku,
chyba tak naprawdę nikt nie lubi listopada.. Bo co tu lubić? Zaczyna się od święta
zmarłych, potem jest tylko zimno, pada lodowaty deszcz albo wręcz śnieg i zaraz
po tym jak słońce wyjdzie to zachodzi.. wstaje się rano w kompletnych ciemnościach
i już wtedy człowiek ma serdecznie dosyć i jedyne na co ma ochotę to zagrzebać się
z powrotem pod kołdrą.

No i właśnie w takim zdupionym listopadzie musiała się urodzić
ta moja śliczna mała córeczka… Czy przez to listopad przestanie być dla mnie
tak odpychający? Nie sądzę.. Biorąc pod uwagę dodatkowe okoliczności, czyli właśnie
to gdzie teraz jesteśmy, z niczego się tak nie cieszę, jak z tego, że ten
cholerny listopad właśnie, (w kompletnych ciemnościach, bo przecież JUŻ dawno
po 16), dobiega końca.

A jutro moi mili – grudzień :) to tak dla odmiany mój ulubiony
miesiąc w roku. Ale to nic dziwnego, w końcu mam kompletną korbę na punkcie
świąt :) już dzisiaj planowałam jakie kupić światełka i na którym drzewku przed
domem je zawiesić.. no i koniecznie muszę upiec z Frankiem ciasteczka w
kształcie reniferów.. już nie mogę się doczekać.

A  jak w końcu ruszę
szukać prezentów…. A potem będę je pakować, wiązać kokardki… Wiem, odbija mi,
ale ja naprawdę to lubię.

I tylko zawsze mam wrażenie, że ten grudzień tak szybko się kończy..
A jak grudzień się kończy to człowiek się starzeje. Bo potem jest styczeń i nie
ma znaczenia, kiedy tak naprawdę ktoś się urodził – zajrzą człowiekowi  w pesel i od razu dorzucą bez pytania kilka
miesięcy.. Bez sensu. Ale skupmy się na grudniu, w końcu jeszcze się dobrze nie
zaczął , a ja już się martwię, że się zaraz skończy. A przecież jeszcze muszę
lampki zawiesić i upiec te renifery :)

A Miśka? Już lepiej, jak tak dalej pójdzie to w czwartek już
nas tu nie będzie i obym nigdy już tu nie musiała wracać.. z żadnym z moich
dzieci!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

biję się w pierś.,…

29 lis



Już nigdy nie będę osądzać nikogo nie wiedząc jak jest
naprawdę. Właśnie rozmawiałam z mama Kubusia zza ściany.. to już 3 dzień, który
z nim tu spędza. W domu 5 dzieci, z czego jedno ciężko chore, przykute do łóżka
na stałe. Widać, że cierpi, że Kubuś jest tu sam, nie ma jednak wyjścia i musi
go zostawić, bo córka w domu potrzebuje jej równie mocno. I jak wybrać, które z
chorych dzieci potrzebuje bardziej matki? Jasna cholera, nie minął tydzień w
szpitalu, a ja nabrałam więcej pokory niż kiedykolwiek wcześniej. A jutro
zabierają Kubusia na dalsze leczenie do Łagiewnik. Mam nadzieje, ze szybko
wyzdrowieje…..

 

A co u Miśki? Chyba nieźle, przynajmniej nie narzeka, je,
śpi, a jak nie śpi to patrzy na mnie tymi granatowymi oczami kosmitki i chyba
już wie, ze jestem jej mamusią i że jest na mnie skazana do końca życia :)
urosła chyba, a już na pewno przytyła. Zaczynają jej się robić wałeczki i jak
tak dalej pójdzie już niedługo będzie wyglądać jak z reklamy Michelin. Nic a
nic nie wygląda jak chora Miśka, sprzed tygodnia.

A Franek? Franeczek był dzisiaj z babą i dziadzią i wujciem
w ZOO.. Podobno najbardziej podobały mu się ptaki i małpy. Wielka ryba, która jeszcze
pod koniec kwietnia w ogóle nie robiła na nim wrażenia, teraz podobno
przestraszyła mojego syna i bał się, że zje mu rączkę.. A zanim doszli do słoni
Franeczek był już strasznie zmęczony i zaczął przysypiać. Także nie wiadomo,
czy widział słonia, czy słoń już mu się przyśnił. Cieszę się, że się dobrze
bawił, ale tak bardzo chciałabym być tam z nimi..

Jak wrócę do domu, jak go przytulę, to chyba dopiero po
kilku dniach go wypuszczę z rąk.. tak strasznie chciałabym go przytulić i mu
obiecać, że już go nigdy nie zostawię, że już nigdy mu nie zniknę.

Jeszcze kilka dni.. jeszcze 4 dni…

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

na korytarzu…

28 lis



Opowiadałam już ze mamy nasz prywatny pokoik? Każda z nas ma
swoje łóżeczko, mamy swoje wanienki, przewijak i wagę. Niemal luksusowo, bo
jest nawet taras, ale jakoś z niego nie korzystamy. Do naszego pokoiku wchodzi się
przez śluzę, gdzie każdy kto do nas wchodzi i od nas wychodzi musi się zdezynfekować.

 A za śluzą jest
korytarz..

A na korytarzu pojawiają się co pewien czas inne mamy, które
tak jak ja mają dosyć zamknięcia w tych pudełeczkach.. Wiele nas łączy. Wszystkie
jesteśmy blade, mamy luźne koszulki, żeby było łatwiej karmić, a przede
wszystkim wszystkie mamy chore dzieci… A to łączy nas bardziej niż cokolwiek
innego. Odliczamy kolejne dni antybiotyku, odliczamy dni do wyjścia… Jesteśmy
zmęczone i właśnie takie „pogniecione przez życie” i tylko to odliczanie
przynosi ulgę.. Jeszcze tydzień, jeszcze  6 dni, jeszcze 5 dni. I tak sobie dzisiaj
stałyśmy takie wymęczone, zmartwione i słuchałyśmy się nawzajem, bo każda z nas
opowiadała o swoim dziecku i tak teraz już wiem, że nie jest tak źle.. że
cholera mogło być gorzej… że tak naprawdę mamy dużo szczęścia, że to TYLKO
zapalenie płuc..

Kiedyś zastanawiałam się, będąc jeszcze w ciąży co by się stało,
gdyby nie udało mi się wtedy pod koniec lipca uratować tej nadwyrężonej szyjki…
Co by było, gdybym urodziła w 25 tyg. Teraz już mniej więcej wiem.. na
korytarzu jedna z nas opowiedziała nam o 18 miesiącach walki o zdrowie i życie
swojego dziecka, które właśnie w takim momencie przyszło na świat… Do tej pory
nie mogę przestać przytulać Miśki i myśleć o tym ile mamy szczęścia… To, co usłyszałam
kompletnie mnie rozbiło, podziwiam siłę tej dziewczyny, która codziennie stacza
mniejsze lub większe bitwy o zdrowie swojego dziecka, nie wiem skąd bierze się w
człowieku taka siła… i obym nigdy się tego nie dowiedziała……

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jeszcze krócej

27 lis

Jest lepiej. Płucko się rozprężyło i szmer pęcherzykowy jest już równomierny.. zaczynam myśleć o zrobieniu drugiego fakultetu jak już odchowam bachorki. Miśka wyraźnie w lepszym nastroju a co za tym idzie ja również. Wraca mi również pigment na łeb i jestem jakby mniej siwa.

Jest lepiej… będę to powtarzać jak mantrę i cieszyć się brzmieniem tych słów.
Jest lepiej….. Miśka zaraz wyzdrowieje i wrócimy szybko do Franeczka… jasna cholera jak ja za nim tęsknię………..

tfu, tfu, tfu… jakoś tylko sie przesądna zrobiłam

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

krótko..

26 lis



Miśka ma śródmiąższowe zapalenie płuc i jakoś nie do końca rozdęte
płuco, czy jakoś tak. Kontynuujemy antybiotyk, kładziemy Miśkę na prawym boku i
robimy inhalacje. I tak przez następny tydzień… Adres bez zmian…jak stąd wyjdziemy Miśka nie będzie już noworodkiem….. ja będę siwa i w ogóle jakaś taka.. pognieciona przez życie.

Boję się, że Franek o mnie zapomni… Ale Miśki tu nie
zostawię przecież samej.. . Biedne te moje dzieci.. Biedna ja.. idę płakać.. pa!

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

naprawa miski i inne zawały – (uwaga długie)

25 lis



Wszystkim za wsparcie dziękujemy… chyba pomaga, ale nie będę
zapeszać :)

No ale wróćmy do pudełeczka, czy jak kto woli do boksu
(boxu??) na Spornej.

Leżymy sobie grzecznie z Miśką, każda w swoim łóżeczku,
każda zajęta tym, co umie robić najlepiej – taaaak, Miśka śpi, a ja się „realizuję
twórczo” hehe.. ale zanim napiszę, co z nią, muszę, naprawdę muszę wrócić do
tych skarpetek.. poprosiłam tego osła, znaczy się męża mego o skarpetki, tak? Prosta
misja niby? Weź mi ze 2 pary skarpetek, trudne? Nie? No to uwaga.

Dzisiaj rano chcę się ubrać i naszykować do wyjścia jak
tylko rzeczony osioł się pojawi, bo umówiona jestem na Breakfast at
Zelwerowicza’s i szałerek u Najlepszej, a on jakby czasu mało ma na siedzenie w
szpitalu. No to przetrząsam tę torbę w poszukiwaniu czegoś rozsądnego na stopy
i co znajduję.. Wskazówka – mam na sobie kozaki – oficerki i rzeczone spadające
dżinsy rurki – wszystko oczywiście czarne. I co znajduję?

1.      
Srebrne podkolanówki

2.      
Białe sportowe skarpetki (nie, nie ma tu kortów
i rakiety też mi nie zapakował)

3.      
 Skarpetki
zakupione w figloraju jak byliśmy z młodym a ja nie chciałam biegać w reklamówkach
na stopach (sierpień był) – niebieskie, pasiaste stopki raczej nie z bawełny.

4.      
I tu hicior – czekoladowe pończochy samonośne……

Nie wiem co nim kierowało, nie pytajcie… ale raczej nie
mózg..

-kochanie… a Ty patrzyłeś co mi pakujesz do torby?

-to co mówiłaś.. no chciałaś skarpetki, to Ci zapakowałem..

 

Ale wróćmy do Miśki. Dziękuję Wam wszystkim za kciuki, za
wsparcie.. dziewczyna walczy dzielnie z tą tajemniczą infekcją i od 4 w nocy
nie ma już temperatury, tylko ciiiii, bo nie chcę zapeszyć.. Śpi sobie w miarę
spokojnie, tzn. dużo spokojniej niż wczoraj i tylko czasem sobie zajęczy i
postęka, ale ogólnie jakby jej lepiej.

Dziś pojawiła się również jakaś nowa p. doktor, która otoczona
wianuszkiem przerażonych studentów doszukała się u mojej Miśki szmerów nad
sercem, mrożąc tym samym moje własne.

- czy ktoś już pani mówił, ze córka ma szmery nad sercem? –
zagaiła..

-eeee, i tu nastąpiło zatrzymanie akcji mojego serca i
pojawiło się około 150 nowych siwych włosów… – NIE! – szmerów?? Jakich szmerów??

-no to w sumie nic groźnego, bo do 6 tygodnia życia te
naczynia powinny się zamknąć, ale zrobimy usg/echo itp.

Nic groźnego kurka, ale sposób podania informacji nie należał
do tych z cyklu „mam dla Pani świetną wiadomość” , no i ja już i tak byłam siwa…
na wszelki wypadek zadzwoniłam do mojego lekarza z czasów kiedy Miśka była w
środku, a że on się na tych serduszkach zna to mnie uspokoił, że w ogóle mam się
nie martwić, że się wszystko pozamyka i w ogóle, daj spokój dziewczyno, nie daj
się tak straszyć.. Dopiero wtedy zaczęłam z powrotem oddychać i wróciło mi
tętno.

W międzyczasie pojawiła się również koncepcja
śródmiąższowego zapalenia płuc – no raczej.. czekałam na ten strzał, bo
przecież to przebiega bezobjawowo, tak? Mam małe dziecko, to się trochę na
pediatrii znam.. no i już jesteśmy po zdjęciu. Czekamy na wyniki, na szczęście dziś
na dyżurze jest doktor, który nas przyjmował w izbie przyjęć (nie pierwszy raz,
ale pierwszy raz z tym dzieckiem), także jest szansa, ze się dowiem czegoś, nie
mając w międzyczasie zawału.

A tymczasem słucham jak za ścianą płacze taki mały, śmieszny
Kubuś… Kubuś ma generalnie przesrane bo jest tu sam, kompletnie sam, bo mamusia
podobno czasem przychodzi, ale jakoś nie każdy ją widział, czyli jest jak UFO. No
i Kubusiem zajmują się pielęgniarki i w ogóle kto tylko ma czas z pracowników
oddziału, bo nikt inny nie może wchodzić do boksu. A mnie jest przykro, bo on
jest zawsze taki spokojny, tak się śmieje do mnie i mnie zaczepia i ma takie
wielkie niebieskie oczy. A teraz on tak rozpacza, a ja nawet nie mogę mu pomóc,
mogę tylko popukać w  szybkę, pomachać do
niego, pouśmiechać się.. I jest taki biedny, taki sam jak palec.. mamusia ma
jeszcze kilkoro innych dzieci podobno i jakoś akurat dla niego nie wystarcza
już czasu.. nie mnie to osądzać, ale… no wiecie sami…. niektórzy to mają
przesrane od urodzenia..

No nic.. czekam na wyniki tej sesji zdjęciowej na
radiologii..

 

A wczoraj wieczorem było tak.. sms od męża:

- kocham Was bardzo i smutno mi bez Was.

Na co odpisuję – nam tez jest smutno, ale musza naprawic
nasza miske (bez polskich znakow of kors)

-jaka miske??? – dopytuje mój mąż

-nasza MIŚKĘ – osle!!!!!!!!

No to sobie „pogadaliśmy”



 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

srebrne skarpetki……

24 lis



Franek skończył dzisiaj 22 miesiące, Miśka 3
tygodnie… ja skończyłam z nią w szpitalu na Spornej.

 

Siuśków nie nałapałam. To se ne da po
prostu, z chłopakiem jest łatwiej. Popłakałam się z 5 razy miedzy 5 a 8 rano i powiedziałam
do męża „ja to pierdolę, to się nie uda nigdy, jedziemy na Sporną, niech łapie ktoś,
kto umie”…… pojechaliśmy. Miśka nadal z gorączką, izba przyjęć czarna od dzieci
w różnym wieku i bakterii, które oblepiły mnie chyba zaraz po wejściu. No nic, myślę
jakoś dam rade, no bo w końcu niech ktoś mi naprawi moje dziecko!!

Od 9 do 17 pobrali Helence wszystkie możliwe
płyny ustrojowe i zlecili chyba wszystkie możliwe badania.. i nic.. „jakaś infekcja
tu jest, nie wiemy jaka niestety, szukamy dalej”… usg brzuszka podsunęło
niestety rozwiązanie – poszerzone miedniczki nerkowe – to jednak nadal nie jest
pewne, czy to właśnie TO…. Okazuje się bowiem, że może to być również infekcja
dróg moczowych – objawy podobne do kolki…

 

Miśka ewidentnie cierpi… coś ją boli…. Mnie
boli serce.. a nawet dwa.. jedno znów zostało w domu bez mamusi, drugie leży pod
kroplówką i jęczy……

 

Mamy nasz prywatny boks z dala od obcych zarazków,
ja jak wściekła chodzę i się dezynfekuję co chwila. Jestem przemęczona.. od 3
dni sypiam po 3-4 godziny w blokach po 30-40 minut, nie pamiętam czy coś jadłam
od niedzieli oprócz obiadu, który dzisiaj przyniosła mi mama… spadają mi
spodnie – dżinsy rurki, MANGO rozmiar 38, osiwiałam i mam 10 lat więcej… boli mnie
cały człowiek, łącznie z mięśniami powiek i cebulkami włosów…

Ale wytrzymam, jeszcze  nawet tydzień, co tam, nawet dwa, najwyżej spadną
mi spodnie z czasów studiów, najwyżej przefarbuje się na blond, żeby siwych tak
nie było widać… dam rade…. Ja tylko tych siuśków nie dałam rady……………………………………..
i dobrze w sumie… dobrze, że tu jesteśmy… oni tu naprawią moją Miśkę… muszą…
prawda?

 

A mój mąż? Mąż z listą ode mnie dyktowaną na
bieżąco chodził po domu i pakował dla nas torbę. Powiedziałam skarpetki – przywiózł
mi srebrne podkolanówki, które kiedyś, w innym życiu dostałam od Najlepszej….

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

a jeszcze wczoraj…

23 lis

… koło południa wszystkie moje dzieci miały świetne humory i były zupełnie zdrowe…



i nawet krokusy powychodziły………

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

$%^##@$@!

23 lis



No to się wyprowadziliśmy do tego Kanzasu z dwójka dzieci i
tylko jednego nie przewidzieliśmy. Co zrobimy, jak któreś z nich w nocy będzie nieco
cieplejsze niż powinno, będzie płakać, a ja będę próbowała znaleźć lekarza, który
zweryfikuje co jest moją histerią, a co chorobą dziecka.

No to wczoraj około 23 przekonałam się, ze nasza kanzaska
służba zdrowia pozostawia wiele do życzenia..

Jak mieszkaliśmy w Łodzi sprawa była prosta – jakaś tragedia
zdrowotna – jedziemy do Medaxu, bądź tez Medax przyjeżdża do nas, ewentualnie
dzwonie do Medaxu i tam pediatra przez telefon radzi mi co zrobić. Ogólnie luksusowo
i za darmo, a na dodatek blisko, bo było za rogiem. A teraz mieszkamy sobie na
wsi, mamy dom z ogródkiem i na tym kończą się pozytywy.

Wczoraj po cudownym dniu opisanym w notce poniżej miałam
równie cudowny wieczór/noc, ja jak ja, ale moja mała córeczka miała chyba
jeszcze gorszy. Nie dość, ze męczył ją ewidentny (nawet dla mnie, matki, nie
lekarza) ból brzucha, to jeszcze nagle zrobiła się jakaś taka ciepła i dobiła,
ku mojemu przerażeniu do 38,1… no to wtedy przestałam wierzyć, ze uzdrowię ją infacolem
na kolki i złapałam za telefon.  I teraz
uwaga….

1.      
Sprawdzam w Internecie „nocna pomoc, Konstantynów”
– nic… naprawdę jakby nie istniała. Nie uwierzyłam

2.      
Dzwonie do łódzkiego Medaxu, żeby się dowiedzieć,
kto obsługuje Konstantynów. Podają mi nazwę firmy.. sprawdzam ją w Internecie –
nie istnieje podobno w Konstantynowie, choć wiem że istnieje, bo widziałam…

3.      
Dzwonie do straży pożarnej.. dobra, po prostu w
stresie pomyliłam numery.

4.      
Dzwonie na pogotowie, pan uprzejmy podaje mi
numer telefonu do przychodni (miedzy innymi) ,pediatrycznej mojej córki, która zapewnia
nocna pomoc medyczną.

5.      
Dzwonie do przychodni, tam dowiaduję się, ze
pani jest internistą i nie podejmuje się leczenia tak małego dziecka i żebym
lepiej wezwała pogotowie, bo oni na pewno przyjadą. Upewniam się również, ze to
na pewno TA przychodnia i że „nie, proszę Pani, na pewno nie ma w tej chwili
żadnego pediatry”..

6.      
Dzwonię na pogotowie, ten sam miły pan mówi mi,
ze obowiązkiem przychodni jest zapewnienie pediatry na nocny dyżur i że on mi
nie pomoże, bo tez nie ma pediatry w okolicy… zrezygnowana dziękuję mu za „pomoc”

7.      
Dzwonie do przychodni i pytam podenerwowanej
nieco pani internistki jakie ma dla mnie propozycje i czy to jest tak
niespotykana sytuacja w tym MIEŚCIE, że w nocy choruje dziecko?? Zaczynam się unosić…
odpowiada mi, ze rzeczywiście „ten problem nie jest najlepiej rozwiązany” – on w
ogóle nie jest rozwiązany – już prawie krzyczę.. „ja mogę do Pani przyjechać i
wezwać karetkę, która zawiezie was do szpitala” – no chyba Pani ze mnie żartuje…
do szpitala to ja szybciej dojadę samochodem, bez pośredników, ale mogę z kolką
trafić do izby przyjęć pełnej zarazków starej i nowej grypy!! Dziękuję jej za
propozycję i rzucam telefonem przez cały pokój.

8.      
Podnoszę resztki aparatu z podłogi i
zrezygnowana dzwonie do Medaxu się wyżalić… miła pani z rejestracji daje mi do
telefonu pediatrę. Po 10 minutach „konsultacji” jestem spokojniejsza, wiem jaką
dawkę panadolu podać dziecku i co robić „gdyby” i tu kilka ewentualności…

 

Rano mąż pojechał do tej przychodni, bo bał
się, ze jak ja pojadę to kogoś zabije i zamówił wizytę PEDIATRY! Przyjechała 3
godziny później, zbadała moją Miśkę, zrobiła mądrą minę… „to mogą być początki
infekcji, ale na razie w płucach, gardle i nosie jest czysto”, czyli odpalamy
szklaną kulę i wróżymy.. czy dziecko miało kontakt z jakąś chorą osobą? „no w życiu!,
ale syn chodzi do żłobka i ma katar od listopada ubiegłego roku” – ooooo to na
pewno przez ten żłobek… ucieszyła się pani doktor „łapiąc trop”, potem wyszła
jeszcze sprawa powiększonych w życiu płodowym miedniczek nerkowych, to w sumie
tez się „ucieszyła” – bo może to infekcja dróg moczowych – szczerze wątpię, ale
skoro tak twierdzi, sprawdzimy… No i w ogóle powinnam zatrzymać myszorka w domu,
najlepiej do wiosny………………….. taaa…. Nie wiem tylko czy można brać prozac i
karmić piersią? No nic, zatrzymam go od jutra na tydzień i zobaczymy czy
przeżyjemy… a Miśce jutro nałapię siuśków w torebeczkę i zobaczymy co z tą
infekcja.. tfu, tfu..

 

Obawiam się jednak, ze skończy się przeziębieniem,
ale mam nadzieje, ze wystarczająco szybko zareagowałam (pomimo sporych utrudnień
ze strony służby zdrowia) i nie będzie bardzo źle.

 

Martwię się… jak cholera…. Ona jest taka
malutka… ech.

No nic, zaciskam zęby i podaję lekarstwa tak
jak mi kazano………. Sporo tego… ale jak trzeba.. trzymajcie za nas kciuki, please…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jak się zbudzi to nas zje…….

22 lis



Ponieważ wiem, ze wśród czytających zdarzają się jeszcze
osoby, których nie udało mi się zniechęcić do rozmnażania, a również takie,
którym to już nic nie pomoże, bo już w ciąży są. Informuję, że w trosce o przyrost
naturalny w naszym kraju, a co za tym idzie, o to żeby miał kto zapierniczać na
moją emeryturę, dzisiaj notki nie będzie…

Nie napiszę jakie to uczucie, gdy drugi dzień z rzędu jest się
samemu w domu z 2 dzieci poniżej 2 roku życia – znaczy się bez męża, bo dziś
wieczorem uprowadziłam mamę i ją tu przywiozłam, do tego ZOO. Słowem nie
wspomnę, że to starsze jest wredne wyjątkowo, bo cierpi  powodu kłów – sztuk 3-4 (nie udało mi się dokładnie
policzyć), które sobie teraz radośnie postanowiły wyrosnąć. Nawet nie dodam, ze
dotknięcie jego twarzy kończy się wrzaskiem i że przez te zęby w ogóle jest
mocno wkurwiony na życie. Żeby nie dobijać ciężarnych, nie napiszę również, że
córka bzdurka miała dzisiaj swoją pierwszą kolkę, akurat w czasie największej histerii
swojego brata. Tak, na szczęście była tu już moja mama, tylko dlatego wszyscy troje
jeszcze żyjemy…. A czy wspomniałam już, że nie spała dzisiaj w nocy, tylko od
północy do 3 nad ranem patrzyła na mnie wielkimi oczami kosmitki i trzeszczała bardziej
lub mniej radośnie, skutecznie uniemożliwiając mi zaśnięcie? Jeżeli nie, to na
pewno o tym nie napiszę…

Także wyspana jestem nieziemsko, a po całym weekendzie z
moimi uroczymi bachorkami nadaję się na 2 miesięczną rekonwalescencję,
najlepiej gdzieś bardzo daleko. W ogóle mam wrażenie, ze mam napięty każdy mięsień,
zlokalizowałam u siebie ponadto ze 3 nerwobóle, około 5 tików nerwowych i chyba
mam złamane żebra, a kręgosłup wyszedł i oświadczył ze wróci jak potworki skończą
po 15 lat.

Ale i tak jest dobrze, bo żyję – przynajmniej częściowo, ale
to tylko dzięki mojej mamie, która ratowała mnie przed rozjuszonym myszorkiem w
czasie kiedy ja walczyłam z kolką Miśki… a potem jeszcze wykąpała i uśpiła tego
potwora o twarzy aniołeczka.. w sumie to coś za szybko jej poszło, podejrzewam,
że po prostu padł ogłuszony, bo oberwał czymś ciężkim, ale jakby nie było –
liczy się efekt końcowy, a ten jest taki, że nadal śpi.. Kto się ze mną założy,
że obudzi się w najmniej odpowiednim momencie, czyt. karmienie Helenki o 21? No
lepiej się nie zakładajcie…………..

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS