RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2009

sylwester, czyli postanowienia i podsumowania

31 gru



Ale nie kot. Taki dzień w roku, kiedy akurat „roku” się kończy.
Wypada mieć wtedy jakieś noworoczne postanowienia w stylu pić mniej, palić
wcale, znaleźć pracę, znaleźć lepszą pracę, zmienić/znaleźć męża, zajść w ciążę,
schudnąć, przytyć…  itp. Ze mną jest łatwo.
Palić nie palę, pić za dużo chwilowo nie piję, chudnę, męża nie zmieniam. Postanowiłam
natomiast na przyszły rok wygrać w totolotka, żeby już nie pracować (będę miała
więcej czasu na pisanie) i drugie postanowienie – najważniejsze, nie tylko na
ten rok ale i na wszystkie kolejne – nie zajść w ciążę. Już nigdy. No. I tyle w
temacie postanowień noworocznych.

Ponieważ Ju i Iro mają w domu niezły Sajgon ratują się ucieczką
do Żabiczek, fajnie będzie. Mamy jedzenie, wino, monopol i jenge. Taki sylwester
dla emerytów, ale jakoś żadne z nas nie ma ochoty na tańce i suknie balowe (szczególnie
chłopaki, na te suknie nie bardzo). Z atrakcji to mamy fajerwerki, odpalimy
wszystkie, obudzimy bachorki. A co, jak szaleć to szaleć, w końcu Sylwester!!

A bachorki chwilowo spokojne, kotłują się na macie. Franek daje
młodej soczek cappy – pomarańczowy, ale głupia nie chciała. Mąż w kuchni. Zrobił
już tiramisu, a teraz wziął się za canneloni. Mniam. Pysznie będzie. Jutro też.
Przecież piekę gęś!! Trochę się martwię, ze cos nie wyjdzie i nie będzie co jeść,
a nie sądzę, żeby jakaś pizzeria działała w Nowy Rok. No nic, najwyżej cos się odmrozi :)

 

Ale, żeby nie było, ze tylko postanowienia, to będą i podsumowania….

To był dobry rok. Właściwie w moim życiu jak do tej pory
jest tak, że każdy kolejny rok jest lepszy od poprzedniego… Aż się boję pomyśleć
jaki może być 2018, albo nawet 2030!! Ale na razie kończy się 2009. Mamy nowe
dziecko (a „stare” jest coraz fajniejsze i odpukać, cieszy się dobrym zdrowiem),
nowy dom i nowy samochód (to akurat mnie nie cieszy, żeby było jasne). W
rodzinie stan osobowy nie zmniejszył się, a wręcz zwiększył o 2 sztuki, licząc nasze
dziecko i żonę kuzyna. Starzy przyjaciele pozostali naszymi przyjaciółmi, nowi stają
się coraz bliżsi… A my nadal jesteśmy małżeństwem i nic nie wskazuje na to,
żeby miało się to zmienić. Zdarzały się lepsze i gorsze dni, ale najważniejsze ,
ze bilans ciągle wychodzi na plus. I to chyba o to chodzi? Prawda?

A jak u Was? Jak z postanowieniami? Podsumowaniami? Zrobione?
Jak nie, to szybciutko, do roboty, Mało czasu zostało do końca roku!!

I kochani, jeszcze na koniec… i roku i wpisu..

Życzę Wam szampańskiej zabawy i szczęśliwego powrotu do
domu. Zdrowia dla Was i dla Waszych najbliższych. Spełnienia noworocznych marzeń
i postanowień. A w 2010 samych miłych dni. Krotko mówiąc zdrowia szczęścia i pieniędzy :) A dzisiaj po prostu dobrze się bawcie, tylko tak, żeby jutro kac Was nie rozgniótł
na miazgę.

 No to pa! Do jutra :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zygmunt

31 gru

Już prawie straciłam nadzieję, że to się stanie w tym roku, ale stało się :) 30.12.2009 o 9.25 urodził się Zygmunt. Godzinę później, jak gdyby nigdy nic zadzwoniła do mnie jego mama i wyluzowana opowiadała, że wcale nie było tak źle… Niesamowita kobieta… Tyle się na gówniarza naczekała, że nawet naturalny poród, prawie 4 kilogamowego Zygmunta jej już nie ruszył. Naprawdę jestem pod wrażeniem.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

brak entuzjazmu

29 gru



Zupełnie nie rozumiem braku entuzjazmu u facetów. Chodzi mi
o taki „domowy” entuzjazm. To znaczy ja wpadam na genialny pomysł – „pomalujmy pokój
Franka w niebieską kratkę”. A mój mąż zamiast biec do piwnicy po pędzle i drabinę,
patrzy na mnie jak na kosmitkę. Okazuje się w ogóle, ze nie tylko mój jest taki
oporny w tej kwestii. Mąż motylicowy, też jakiś taki niechętny szybkim zmianom.
A u nich w niektórych kwestiach akurat pośpiech wskazany. No bo nie oszukujmy się,
dookoła kołyski będą malować?

I tak sobie właśnie myślę, ze to chyba dobry
moment na zmiany. I chyba powoli dojrzewam do wprowadzenia do domu kolorów. Pierwszym
krokiem była czerwona narzuta na białej kanapie i naklejka na ścianie, ale
teraz chce mi się jakoś więcej i więcej. I naprawdę bym chciała tę kratkę u
Franka. A u Helenki paski. Amarantowe. I tylko jak sobie pomyślę, ile czasu
zajmie mi namawianie męża na złapanie za pędzel… boje się, ze nasze dzieci w
wieku licealnym już nie będą chciały mieć pokoju w kratkę, ani nawet w paski.

A może poczekam na jakiś cieplejszy dzień, otworzę szeroko
okno i sama pomaluję ten frankowy pokoik? Tak będzie szybciej… i wiecie co? Założę
się, że mój mąż nawet nie zauważy, ze coś się zmieniło…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kilka niusów

28 gru



Ewa nadal nie urodziła. Okazuje się, że ciąża nie trwa 9 miesięcy.
Moja ostatnia trwała jakieś 8 z kawałkiem, a Ewy już coś koło 10. Także te
osławione 9 miesięcy to ściema. No nic. Wydaje mi się, ze w tym roku, to już nie
urodzi. Dobrze, że do stycznia niedaleko.

A dzisiaj byłam u mamy z bachorkami i mama zaprosiła nas na
noworoczny obiad. Powiedziała, ze upiecze gęś. Fajnie. Ale widocznie moja
wizyta, a może wizyta moich bachorków na tyle ją zmęczyła, że właśnie przed
chwilą zadzwoniła, żeby mnie poinformować, ze skład osobowy i menu się nie zmieniło,
natomiast zmieniło się miejsce i teraz obiad noworoczny jest u nas. Fajnie. Będzie
gęś.

Ju natomiast wróciła z mężem z Bieszczad i o Ile się nie mylę,
już tego żałuje. Gdyby nie to, że to jednak kawałek z Retkini i nie wszyscy
uczniowie zgodziliby się na takie dojazdy na naukę języka obcego, pewnie chciałaby
tam szybko wrócić i zostać na dłużej. Ale nie ma tego złego. Jest szansa, ze w końcu
wkroczą na „NOWĄ DROGĘ ŻYCIA”, tym razem bez mamusi. A to im tylko na zdrowie
wyjdzie.

Co jeszcze z niusów… Miki w końcu postanowiła zostać żoną
ojca Marcelinki, co  uważam za baaardzo
dobry pomysł i 19 grudnia powiedziała „tak”. Na razie nie sakramentalne, ale obiecała
i takie, także się nie wywinie. Zatem na ich drodze, która tez nie do końca jest
nowa, ale nowsza, życzę im jak najlepiej i czekam, żeby zatańczyć na ich weselu :) W końcu na jakimś nie będę w ciąży, bo na 5 ostatnich, na których byłam, na
3 z nich byłam w ciąży…. Dobry był ze mnie kierowca, ale pobawić, to się nie pobawiłam.

Jeszcze słowo o bachorkach. Franek w końcu dostał nową pościel
do swojego dużego łóżka z barankami. Pościel miał dostać na Gwiazdkę, ale babo
ma sklerozę i jakoś nie wyszło. No to dostał dzisiaj. I założyłam mu tę pościel
w auta i motory i położyłam gnojka spać, buzi w czółko, kocyś, miś-iś, mleczko
i poszłam do sypialni karmić Wrzeszczunkę. Po 10 minutach przychodzi ten mały drań
z balonem w łapkach i mi opowiada, ze ma auta, brum brum i w ogóle „mama pacz –
bajon”… Taaa.. no cieszę się niezmiernie… odłożyłam Helenę, położyłam „bajona” spać,
potem Franka, wracam do Helenki. Kolejne minuty minęły.. tup, tup. Tym razem
lepiej, bo miał już przy sobie kocyś i misia-isia, czyli „bardziej śpimy” niż „bardziej
bawimy się”.  Odprowadziłam go kolejny
raz… i kolejny… i jeszcze jeden.. W sumie 6 razy……….. Ale pościel mu się podobała,
za każdym razem mi pokazywał te motory i auta i podobno nawet traktor tam jest…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

bujo i plapi

27 gru



Złodzieja mam kanapkowego w domu. Taki blondyn, wygląda zupełnie
niewinnie, ale wystarczy na chwile spuścić z oka kanapkę i już znika z niej to,
co jest na wierzchu – czyli plapi. A znika z bujo. Już dzisiaj 2 razy robiłam podejście
do zjedzenia kanapki z plasterkiem wędliny. Niestety w trakcie byłam zawzywana
przez siostrunię tego złodziejaszka, (bo oni chyba współpracują z Helenką) i
jak wracałam okazywało się, ze na talerzu zostawała mi sama bułka, czyli bujo. Także
najadłam się dzisiaj bułki z masłem…  A
dzisiaj III święto. To może czas wspomnieć w końcu cos o wigilii…

Ponieważ jestem w tej nieszczęśliwej grupie matek karmiących
to w czasie wigilii miałam 2 wyjścia, pierwsze – zalewać się łzami na widok
zastawionego stołu i wpierniczać ziemniaki, popijając herbata. Drugie – stać się
na 24 godziny matką karmiącą dziecko butelką i jeść swoje ukochane pierogi popijając
je carmenere, albo nawet cabernet sauvignon. A teraz szybki quiz: co wybrała Mietka??

Oczywiście moi mili. Obżarłam się grzybami i kapustą i opiłam
winem a moje najmłodsze dziecko konsumowało sobie pyszny Enfamil. Mniam. Smakowało
jej. Mnie również. Trochę mniej przyjemnie było jak o 4.30 obudziła mnie moja
prawa pierś z żądaniem natychmiastowego opróżnienia… no to siedziałam jak ta
lufa w salonie z laktatorem i wspominałam smakołyki przez które musiałam to robić.
I tak było warto :)

W ogóle święta były fajne. Miśka „pochodziła” trochę w
sukience, dostała kilka kolejnych. Jeszcze nie wiem, gdzie będziemy bywać tak
elegancko ubrane, ale sukienki są absolutnie przepiękne. Jakbym Miśki nie miała,
to bym sobie ją do nich dorobiła nawet! Na szczęście córkę mam i będę sobie te
moją lalunię przebierać, kupować jej rajstopki z falbankami, skarpeciątka,
bluzeczki i buciczki… Sorry Ewa… Zygmuntowi nie będzie ładnie w sukienkach, (jeżeli
oczywiście zdecyduje się w końcu urodzić, bo Ewa już powoli zaczyna mieć podejrzenia,
że to ciąża urojona).

Ale wracając do świąt to były super. A mikołaj, to już w ogóle
dal czadu, wracaliśmy do domu jak cygańska rodzina.. Cały bagażnik wypełniony był
zabawkami i ubrankami dla dzieci, które Mikołaj zostawił dla nich pod choinką,
na tylnym siedzeniu siedziało dwoje śpiących wymęczonych bachorków, a na tym
wszystkim leżał wielgachny obraz z londyńskim autobusem, który dostaliśmy do
przedpokoju…

Szkoda, że już po wszystkim… wczoraj co prawda jeszcze dostaliśmy
dużo fajnych prezentów, ale obawiam się, ze w tym roku to już wszystko :)więcej
zabawek by nam się już nawet nie zmieściło w pokoju…  W ogóle to dziwnie tak bez świąt i bez męża,
bo już dzisiaj wrócił do pracy. Na szczęście jeszcze dzisiaj jest niedziela i
tak nagle nie odcięto mnie od filmów familijnych, bo tego bym nie zniosła….

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I święto…..

25 gru

Bo to takie święta radosne.. czas rodzinny… czas tatisia i bachorków :)



a mamusia leży i pachnie, bo choinka to już raczej nie pachnie… choinak dogorywa w ciepełku, zostało jej jeszcze kilka igiełek, ale już niedużo…


 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wigilia

25 gru

zamiast słów…





 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bardzo blisko święta….

23 gru



 

Bo już jutro. I pojechaliśmy całą naszą 4 osobową (!)
rodziną do mojej mamy, co by ją wspomóc dobrym słowem i w ogóle pomóc, bo ości
z karpia same przecież nie wyjdą. A, że zawsze robiłyśmy to razem (pijąc przy
tym sporo, jeżeli aktualnie nie byłam w ciąży, albo nie karmiłam), to i dzisiaj
się zebrałam i pojechaliśmy. Tylko jednego nie wzięłam pod uwagę. A raczej
jednej. Jednej małej zołzy, której wyjmowanie ości z karpia w ogóle nie bawiło
i nawet w chuście się wnerwiała. Bo siedziałam bez ruchu i śmierdziałam karpiem.
W sumie nie ma się co dziwić, ale odnoszę wrażenie, ze moja misja „pomóżmy
mamie” przyniosła tym razem odwrotny skutek i chyba się ucieszyła jak w końcu sobie
poszliśmy. No przyznaj się, że tak było :)

 

Jak wróciliśmy do domu wzięłam się za sprzątanie, w końcu –
patrz tytuł, a u nas choinka prawie cala na podłodze. Znaczy się opada. Bo widzicie,
jak się kupuje choinkę przy -12 i wstawia się ją do domu, w którym jest +22, to
trzeba się z tym liczyć, że może wpaść w szok termiczny i z tego szoku zacznie
opadać. Poza tym szarpana przez małe łapki szukające pierniczków, czuje się z
dnia na dzień gorzej. Mam nadzieję, ze chociaż do 2 stycznia wytrzyma, bo 1 to
mi się chyba nie będzie chciało jej rozbierać. Chyba, że opadając sama zacznie się
rozbierać.

Jak już odkurzyłam cały dom, stanęłam jak na perfekcyjną
panią domu przystało, przy desce do prasowania. Prasuję sobie spokojnie, końca nie
widać, a tu nagle powiało chłodem… i to nie od męża, czy nawet kaloryfera..
niestety, ten dyskretny chłód pojawił się ze strony żelazka. Sprawdziłam, nie rozłączyło
się. Jakby nie było. Nie działa. A w koszyku została polowa prania. I wiecie,
co mnie najbardziej wnerwiło? Że zaczęłam od rzeczy mojego męża i Helenki. I oni
sobie teraz będą ładnie wyprasowani, łącznie z bokserkami (tak wiem, pieprznięta
jestem), a my z Frankiem jak te koty ze śmietnika, takie pogniecione dachowce…
Ale zobaczymy jutro.. może mu przejdzie.. Może to chwilowa zniżka formy? Miejmy
nadzieję, bo to nie jest najlepszy moment, żeby kupować nowe żelazko!

I jeszcze jedno.. tak przed Gwiazdką.. cuda się dzieją na
świecie.. I taki jeden Antek nagle stał się Hanką i to bez żadnej ingerencji
chirurgicznej… takie cuda. No ale jak już powiedziałam zainteresowanej..
najwidoczniej panowie R. nic innego zrobić nie potrafią :) Rodzicom i tak
gratuluję, przynajmniej już wiecie co Was czeka :) No i…. DO TRZECH RAZY
SZTUKA!!!!!!!

Acha, Ewa nadal nie urodziła. Co więcej chyba jest dalej od
tego niż była jeszcze tydzień temu. Namawiam ją, żeby już w tym roku nie rodziła :)

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

helga

22 gru



Nie mogłam wczoraj nic napisać, bo byłam w szoku pourazowym.
Urazem było jeżdżenie Helgą po śniegu i lodzie. Helga bowiem, jak się okazało nadal
jest w sandałkach, znaczy się nie ma zimowych opon. No i wsiadłam w ten
cholerny samochód wczoraj wieczorem i wybrałam się do mamy pomóc jej w rożnych
wypiekach i innych świątecznych czynnościach, wyłączając sprzątanie. I wiecie
jak się jedzie z Kanzasu do Łodzi w taką pogodę? Bokiem. Głownie bokiem przy dużej
współpracy ABS, ASR, SRATATA i BUMCYKCYK. Fantastycznie było. Tak jak ja się nabluźniłam
na mojego męża po drodze, to ja się zastanawiam, skąd ja znam takie słowa, a niektóre
ich połączenia to mnie nawet zawstydziły. No jakby nie było, jak wróciłam do
domu to jeszcze w kurtce wychyliłam pół kieliszka wina i zaczęłam mu wygrażać,
że ja tym CZYMŚ jeździć nie zamierzam i ma natychmiast kupić zimowe opony, bo
mnie nawet POLONEZ i MATIZ wyprzedził jak wracałam. A tego, to ja nie zniosę!! Fakt,
mogę sobie tak na razie ponarzekać, bo to, co ewentualnie mogliśmy przeznaczyć
na zimowe opony dla tego cuda niemieckiej motoryzacji, mąż w zębach zawiózł
wczoraj do pani od prądu, co by nam go nie wyłączyła na święta. Okazało się bowiem,
ze na rozliczeniu wyszło, że zużyliśmy prądu więcej niż za niego zapłaciliśmy…
tak za 700 zł więcej. Fajne są takie wiadomości, szczególnie w grudniu są fajne…
także w prezencie kupiliśmy sobie gwarancje dostaw prądu, przynajmniej do końca
roku :) nie wiadomo przecież co jeszcze może nas zaskoczyć.. mnie to już w
sumie niewiele może zaskoczyć, bo na koncie zostało 13,44. Ach ta magia świąt………….

No a do magii wracając. Jak już dojechałam do mamy, bluźniąc
na czym świat stoi, zabrałyśmy się za rybę, a właściwie Fish – Gefilte Fish. Wyszło
pysznie, resztę muszę ugotować dzisiaj, bo wczoraj już nam się gaza skończyła. No
i jak już skończyłyśmy z tymi rybnymi zawijankami, wzięłam się za keksa. Fantastyczny
przepis znalazłam na blogu www.dwiechochelki.pl
 Podobno wyszły pyszne. Niestety dopiero
jutro się o tym przekonam, jeżeli oczywiście mój rudy brat w międzyczasie się nie
zjawi u mamy, bo musiałam wyjść w trakcie pieczenia. Przecież musiałam zawlec
tę Helgę do domu i nakarmić Wrzeszczunkę, a jak już wiecie za szybko to się tym
moim autem nie da jeździć…

A dzisiaj nad ranem, w naszym łóżku, pod kołdrą znalazłam moją
córkę bzdurkę przytuloną do mojej szyi. Nie mam pojęcia jak się tam znalazła,
ale jak mniemam sama nie przylazła, w przeciwieństwie do tego młodego człowieka
(nie chodzi tym razem o mojego męża), którego zlokalizowałam przy swoim drugim
boku. Zatem wydaje mi się, ze sama przyciągnęłam to mniejsze do naszego łoża małżeńskiego
celem nakarmienia. I chyba nawet się udało ją nakarmić zanim obie zasnęłyśmy,
bo przecież spała sobie słodko, zamiast drzeć paszczę, a tak się dzieje, gdy się
jej nie nakarmi. Ciekawe co jeszcze potrafię robić przez sen?

Pojutrze Wigilia, moje dzieci pewnie dostaną masę
prezentów.. dobrze, że od zeszłego roku powierzchnia mieszkalna nam się powiększyła
ponad trzykrotnie, a liczba dzieci jedynie dwukrotnie. No i w sumie Helga też
jest większą od naszej Meganki, bo w ubiegłym roku prezenty Franka się nie zmieściły
na raz do auta i musieliśmy je na 2 razy do domu przewozić. Chyba, że w tym
roku wszyscy się opamiętają i prezenty będą mniejsze…

Moje dzieci to się w ogóle będą pięknie prezentować na tej
imprezie.. Franek ma jeszcze resztki guza na czole, starty nos i czoło, a
Wrzeszczunka ma pyszczek usiany potówkami. Biorąc pod uwagę jej upodobanie do
wylegiwania się na moim dekolcie, wślizgiwania się pod kołdrę i zakopywanie się
pod kocykiem… nie ma się co dziwić. No nic, przejedzie się im po pyszczkach korektorem
i będą jak nowe :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Coraz bliżej święta part III

20 gru



Pojechałam dzisiaj do manufaktury. Odważnie, w końcu ostatnia
niedziela przed świętami. Ale wsiadłam w samochód, nie swój w dodatku, zostawiłam
córkę bzdurkę i syna myszorka z babo i dziadzią i dawaj, hej przygodo, jedziemy
do Manu.

Co więcej. Nie pojechałam wcale robić zakupów… ja jedyna
chyba z całego województwa. No może nie jedyna, ale o tym za chwilę. No i
wiecie… tak jadę i kombinuję, jakby tu zaparkować, żeby chociaż w tej samej
dzielnicy, bo brat mi wyplatał, że to w ogóle się nie da i żebym u niego pod
domem lepiej zaparkowała to będę miała w miarę blisko. Dowcipniś. No i jadę
sobie kombinuję i patrzę, że wcale nie jest tak źle, że dużo wyjeżdża, to przecież
coś się musiało zwolnic. Przecież nic w przyrodzie nie ginie.  No i zaparkowałam sobie pod samymi drzwiami
Leroy Merlin i jak pańcia torebeczka, rękawiczki, kluczyki, obcasiki i
wbiegłam.. normalnie jak w rosół z makaronem. Nagle z -16 znalazłam się w
takiej ludzkiej zupie +36,6.. I snują się te człowieki jak makaron nitki, czy
inne gniazda. Niby się snują a jednak obłęd w oczach z drobnymi elementami
paniki. W sklepach pełno biegających w kółko kobiet, a przed sklepami stoją
panowie patrząc na siebie ze zrozumieniem i współczuciem. Inni – parami (to
chyba między kolejnymi sklepami) z desperacją patrzą na mijane witryny, mając na
twarzach wypisane pobożne życzenia i niecenzuralne groźby pod adresem Mikołaja…
„może tu coś kupimy”, „cholera, nie mamy jeszcze prezentu dla Jadzi”, „jak ja
nienawidzę świąt”, „co roku to samo”, „ciekawe czy od cioci Kloci znów dostanę
skarpetki?”… Pięknie to wyglądało… tak świątecznie… dramatycznie świątecznie
powiedziałabym nawet…. :) Mijałam tych wszystkich desperatów i z każdym krokiem
byłam wyższa. Byłam z siebie tak cholernie dumna, że rosłam jak na drożdżach.
Bo ja, matka dwójki bachorków, mieszkam na wsi, mąż ciągle w pracy, forsy tez
nie za dużo, bo patrz pkt. 1, ale JA, w przeciwieństwie do tych wszystkich
ludzi jestem tak fantastycznie zorganizowana, że mam już wszystkie prezenty
kupione i spakowane :) taka jestem! No zajebista jestem, przyznajcie :)

Tylko co ja w takim razie tam robiłam? Na plotki poleciałam.
Z dziewczynami. Z całej Europy prawie. Niby wszystkie znam od dawna, a niektóre
pierwszy raz widziałam :) Fajnie.. już teraz będę wiedziała kto pisze to, co
czytam i kto czyta to, co piszę :)

Judytko, jeszcze raz dziękuję :) Myszulina była zachwycona!!
Pięknie jej będzie :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS