RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2010

południowa dziwka

31 sty

Styczeń się kończy, tydzień się kończy… makaron się kończy..
Bo to było tak. Urodziłam Franka i myślę sobie, nie ma się co tak wyczynowo odchudzać. Urodzę sobie drugie, to schudnę po obu hurtem. No to sobie urodziłam, wykarmiłam (dobre sobie) i przyszedł czas na to "schudnę". Jak pomyślałam, tak postanowiłam i jutro po raz 3 w życiu zaczynam dwutygodniową 1 fazę południowej dziwki, czyli diety south beach. Tak wiem, że to plaża, ale uwierzcie mi, że za kilka dni będzie już tylko wredną dziwką. Bo nie wolno makaronu, ani wina, ani kawy z kofeiną. Wielu innych rzeczy również, ale akurat te 3 mnie napędzają i nie wiem jak sobie bez nich poradzę.
No ale warto. Jak już wspomniałam to będzie mój 3 raz. Za pierwszym razem schudłam 8 kg w 2 tygodnie, ale byłam wtedy młoda, piękna i bezdzietna. Za drugim razem byłam mniej młoda, równie piękna i równie bezdzietna, ale schudłam już tylko 5 kg (tak, przejrzeliście mnie, piłam wino). Teraz będzie 3 raz. Jestem JESZCZE młoda, nadal piękna, ale teraz mam 2 bachorki i pociążową oponkę. Nie jestem do niej jednak zbytnio przywiązana zatem wprowadzam w życie 2 tygodniowy plan – "przetrwać pierwszą fazę". Potem można już pić wino, będzie łatwiej.
Nie wiem ile waży ta oponka, ale jak już zmienię moje obecne 38 na 36, które jeszcze dobrze pamiętam, to będę zadowolona. Na 34 już nie liczę. No trudno, pogodziłam się z tym. Odpuszczam.
Na razie jednak jest ostatni dzień przed dietą. Wiecie co się robi w taki dzień? Nie wiecie? No to wam powiem. Wyjadłam wiśnie z nalewki, zjadłam kawał ciasta, a przed chwilą talerz makaronu z oliwą i parmezanem. Pewnie gdybym lubiła czekoladę to bym zjadła ze 2 tabliczki. No to siedzę sobie objedzona i przetrącona tymi wiśniami i planuję jak przetrwać te 14 dni. Jeszcze nie wiem jak to ze mną będzie, ale liczę na wsparcie, doping i oszczędzenie mi szczegółów waszych kulinarnych ekscesów.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

krajobraz po padnięciu

30 sty

Padł mi. Ja wiedziałam, TEORETYCZNIE, że to się może kiedyś stać. Ale odsuwałam od siebie tę myśl jak zdechłą mysz. (tak przypuszczam, bo myszy zdechłej jeszcze nie miałam). Raz jeden jedyny usiadłam i pozrzucałam zdjęcia młodego na płyty. RAZ JEDEN JEDYNY!!!! Ignorowałam namowy mojego kompa do zrobienia backupa. Mówiłam mu, wyluzuj, przecież nic ci nie będzie… No i nie było mu. Prawie 2 lata mu nic nie było. Aż do wczoraj. Wczoraj rano powiedział dosyć i padł. Natychmiast wpadłam w panikę.
Bałam się, że już nigdy nie odzyskam tego co tam było. Zadzwoniłam więc bladym świtem (dla ludzi, którzy nie mają dzieci 9.30 to podobno blady świt), do mojego serdecznego kolegi archeologa z wykształcenia (no bo niby kto ma odkopać to, co zniknęło?), informatyka z zamiłowania (to jednak bądź co bądź komputer, nie dinozaur), i wykrztusiłam z siebie jedynie ciche "HELP" . Już wiedział…. Pojechałam, zawiozłam, zostawiłam. Niestety. okazało się, że bardziej od archeologa potrzebny jest DYPLOMOWANY :) :) informatyk. Padło na męża Ju. I słusznie jak się okazało, bo już mam mojego ukochanego laptoka z powrotem. Jest inny. Czysty – w sensie "fizycznym" (ale to akurat zasługa archeologa) i psychnicznie… Ma nowy system. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze. Na razie pogubiło mi się kilka rzeczy, między innymi filmiki mojego pierworodnego… to mnie martwi…. nie dam rady nakręcić ich jeszcze raz…. Szczególnie te pierwsze kroki będą trudne ;/ Ale może się jeszcze uda…. Może są jeszcze gdzieś głęboko pochowane….

A właśnie… wrócę do tego czyszczenia.. Ja naprawdę nie rozumiem tego sarkazmu… "jeszcze nigdy nie musiałem czyścić komputera nad wanną". No doprawdy…. To tylko soczek, kus-kus i ciastka… Zupełnie nie rozumiem o co kaman. Naprawdę.. dziwni są ci ludzie, którzy nie mają dzieci…..
A teraz wracam do mojej walki o odzyskanie tożsamości na moim kompie. Na razie czuję się jakby mnie okradli… Nic nie jest tam, gdzie powinno być. Wszystko jest inne… Zbierane latami linki, teksty, baaaaardzo ważne strony, hasła, programy i programiki…. zniknęły, bądź zmieniły miejsce pobytu. Nie wiem jak sobie z tym poradzić.
Napiję się i pomyślę….

A wczoraj piliśmy z motylicowym mężem, bo motylica jak wiadomo hoduje Zosi rodzeństwo, pomijając fakt, że ktoś musiał wrócić samochodem do domu, no i w ogóle pozostać trzeźwym na wypadek inspekcji z opieki społecznej. Było bombowo. Dzieci się polubiły, a Franek to się nawet chyba zakochał.
Ale o tym moi mili, innym razem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

u mnie już wiosna. a u was?

28 sty



Taaa… jasne. Właśnie na jakieś 3,5 sekundy wyszło słońce. Myślałam,
że się rozpadnę z radości. Pobiegłam do kuchni, wyciągnęłam z zamrażarki truskawki
i zmiksowałam je z kefirem. A co? Jak wiosna to wiosna… Postanowiłam zaklinać rzeczywistość.
Może jak uwierzę, ze zaraz będzie wiosna, to to białe gówno zniknie tak szybko
jak się pojawiło? I w ogóle czy nie można już odwołać tej całej akcji „zima jak
jasna cholera”? bo to jest tak trochę do dupy. Albo jest minus tysiąc pięćset szesnaście
w słońcu, albo 0, ale za to ze śnieżycą w komplecie. I sama nie wiem co jest
lepsze.

Na przykład dzisiaj rano budzę męża. Kochanie… czas wstawać,
myszorka trzeba zawieźć do żłobka. Na co radosny (!!) glos spod kołdry. – Ale kotku,
dopóki nikt naszą drogą nie przejedzie, to nie damy rady wyjechać z bramy. – no
to mam dla Ciebie złą wiadomość, KOTKU, właśnie jedzie traktor z pługiem!! Pod kołdrą
zabulgotało i zawrzało już nieco mniej radośnie. Wstał. Następnie odkopał samochód
ubrałam myszorka i pojechali. A ja myk pod kołdrę :)

Ale nie na długo… muszę korzystać z tego, że Heleneczka śpi.
Czeka pranie, sprzątanie, zmywanie, prasowanie… no i zaklinanie. No bo przecież
w końcu ta zima musi się skończyć!!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma….

26 sty



 

Może to i dobrze, bo nie wiem.. ale sa takie dni, kiedy wręczyłabym
im ładnie zapakowaną Miśkę i pomachała na dowidzenia. I dzisiaj jest właśnie taki
dzień. Dzień pt „mamo tak mi źle jak mnie nie przytulasz i nie nosisz”. Zajebisty
dzień. Mój ulubiony. Ja nie wiem.. czy ta dziewczynka chce, żeby mamusię szlag
trafił? Żeby się mamusia przez okno w śnieg rzuciła i zamarzła? Bo raczej nic
innego mi się nie stanie jak wypadnę na taras z 15 cm…

I ona tak jęczy i tak płacze i tak rozpacza… i ja mam
wszystko rzucić, bo jej się nudzi. I srał pies, ze Franek chce się pobawić, ze zmywanie,
pranie, sprzątanie, mycie zębów, kanapka… nieważne. Ja mam nosić, przytulać, głaskać,
przemawiać czule. Bo tak. Bo Miśka to lubi. I potrzebuje. A ja?? Czy przez najbliższe
kilkanaście lat to, czego ja potrzebuję już nie będzie ważne?

Matko jak się rozkleiłam, zaraz sobie sama w twarz strzelę
na odlew. Albo sobie strzelę kolejną szklaneczkę wykwintnego musującego z
sokiem pomarańczowym.. a potem się nasłucham od mojej mamusi, ze za dużo piję :)
No piję piję. Lepsze to niż się rzucać na taras.

A w ogóle, mamusiu kochana, to ja podejrzewam, że ta moja
Miśka, to taka Twoja zemsta na mnie za te nieprzespane noce… Bo mi tak mówiłaś,
ze Franuś jest za grzeczny, że mi się nie należy takie grzeczne dziecko, za to
co ja Tobie zrobiłam będąc „słodkim” dzieciaczkiem z wielkimi oczami… I tak mi
mówiłaś o tej niesprawiedliwości, że aż mi się Helenka popsuła. No i mam za
swoje. :)

Ale ja się nie dam! To ja tu jestem mamusią! Nie pokona mnie
taki wypierdek co ma 60 cm!! O niee.. co to to nie!! Wytresujemy Helenkę tak
jak wytresowaliśmy Franeczka. Będzie dobrze. Chyba.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zdolny mąż, chyba go sobie zatrzymam ;p

25 sty

no sami popatrzcie….

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

it’s all about me

25 sty



Taki napis miał na koszulce mój syneczek w dniu swoich
urodzin i tak właśnie tego dnia było!

Było mnóstwo pięknych prezentów, pełno balonów i wszyscy, którzy
myszorka kochają. I był tort :)

Tort nazwany przeze mnie roboczo „zemsta teściowej”, okazał się
przebojem, pomimo, ze wczoraj rano nic nie wskazywało na to, ze w ogóle powstanie.
Miał być czekoladowo-miodowy według przepisu Nigelli, niestety ta część nie wypaliła,
a właściwie wypaliła i to bardzo, ale się. W piekarniku. Na węgiel. Nic to, postanowiłam
okroić tę wersję (dosłownie) i dorobić do niej jeszcze 2 pięterka z upieczonego
własnego męża rękoma biszkoptu. Jemu się udało. Biszkopt przeszedł próbę ognia,
pewnie dlatego, ze nie spuszczaliśmy z niego oka i nie oddalaliśmy się od
piekarnika. Potem zrobiłam fantastyczny krem używając do tego mleka, blendera i
niewielkiej pomocy dr Oetkera. Następnie wiśnie z własnoręcznie zrobionego
kompotu i również mój dżem mirabelkowy. Potem już tylko godzinka na myszy i
wuala. Tort gotowy. Prawie. Pozostała tylko polewa… No oczywiście coś musiało się
nie udać skoro tak dobrze nam szło. Nie udała się oczywiście polewa. To było pewne,
w końcu musiała to być właśnie polewa. Przecież była na wierzchu….

Ale co mi tam :) najważniejsze, że się udało skończyć zanim
przyszli goście. Tort wylądował w lodowce, a mąż jedyny zabrał się za sushi… Jezuuuuuuuu
jaki on jest zdolny. Tort to pikuś przy tym, co zrobił mój mąż z tymi algami, ryżem
i innymi cudami. Nawet babcie pałaszowały te cuda i to przy użyciu pałeczek. Dumna
z nich jestem jak diabli.

A myszorek….. myszorek zapierniczał dookoła domu na ogromnym
traktorze z przyczepą, który to dostał od mojego taty, (czyli dziadzi) i mojej
ulubionej macochy (czyli cioci). Gdy przyszło  do dmuchania świeczek okazało się, ze to nawet
fajniejsze od jeżdżenia na traktorze. No to dmuchaliśmy 4 razy… Dobra,
przyznaję się. Chciałam zrobić zdjęcie, a aparat jest dużo wolniejszy od mojego
syneczka. Ale udało się. Świeczka została porządnie zdmuchnięta i wrócił do jeżdżenia
dookoła domu.

Faaaaaajnie było…. Mój syneczek był przeszczęśliwy, a oto właśnie
chodziło. To nic, ze o 21 zasnęłam z Helenką na kanapie. To nic, że ledwo się ruszam…
Już po wszystkim. Sto Lat!!!!!

a teraz dokumentacja fotograficzna:

 

myszy zaraz wskoczą na tort :)

no to dmuchamy…

 

siostra się wystroiła :)

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

leniwie

23 sty



Leżymy sobie z synem jedynym na kanapie. Ogadamy „Tomka”, bo
wiecie, teraz na tapecie oprócz traktorów mamy ciuch-ciuchy. Hellunia śpi. Zmywanie
się zmywa, a obiad się robi… leniwie jest. Za oknem piękne słońce i wiecie,
brylanty na tarasie. Równie leniwie jak ja leżę, za oknami przechadzają się bażanty…
sielsko anielsko…. Cisza przed burzą.

Bo jutro – URODZINKI.. 
Już się dowiedziałam, ze moja szwagierka chyba nie przyjedzie.. No jaka
szkoda… Bardzo żałuję. Bardzo.  A w ogóle
to to dziewuszysko jest na mnie obrażone od 3 lat podobno, bo jak wysiadłam u
niej na WSI z samochodu to powiedziałam, „o kochani… Żabiczki, przy tym Waszym …
(nie pamiętam nazwy, zabijcie) to prawdziwa metropolia”. Żarcik taki, jak
babcię kocham, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jej nie lubię. No to teraz już
wiem i podobno z wzajemnością. Prawda, że widać jak bardzo mi przykro? Że tak
powiem ładnie, srał to pies.

Nie odwiedzamy się za często – wtedy wręcz byłam u nich
pierwszy i ostatni raz. Rozważałam natomiast uczynienie jej tego honoru bycia
matką chrzestną mojego dziecka młodszego, że tak powiem dla świętego spokoju,
bo pozostała trojka chrzestnych jest z mojej rodziny. Ale nie ma bata. W życiu never,
po moim trupie. Bladym of course. Wiem, ze czeka mnie kolejna odsłona teatrzyku
„obrażona teściowa”, ale tym razem nie ulęgnę. O nie. Co to, to nie.

No i widzicie… cały leniwy nastrój szlag trafił. Już mi się duch
kanzaskiego wojownika obudził. I chyba ciśnienie mi skoczyło niepotrzebnie bo aż
mnie głowa rozbolała jak sobie o tym pomyślałam. A chrzciny potworków już niedługo.
Bo w kwietniu. Chyba. :)

Ooo Franek zasnął, idę w jego slady póki ta mała Wrzeszczunka
śpi.  Dobranoc.

 

aaaa… Franek się wczoraj ogolił. Na twarzy. Moją nieopatrznie zostawioną na wannie (za szamponami ją schowałam, ale nie pomogło), maszynką różową gilette. Oczywiście, że się skaleczył. Co to w ogóle za pytanie….

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień babciów i dziadków :)

21 sty



 

Dzisiejszy odcinek sponsoruje różowy Zinfandel i grzybki w
occie. Piękne zestawienie, nie ma co… Ale wiecie, nadal jestem w euforii po zakończeniu
karmienia. A dzisiaj…..

Dzisiaj mój teatrzyk objazdowy (czyli ja i dzieci, sztuk 2) byliśmy
u babć. Najpierw u mojej, a potem u ich. Laurki zostały narysowane, rozdane. Dzieci
wycałowane, a teraz zmęczone padły i śpią. To znaczy to starsze śpi. Młodsze jeszcze
walczy. Ale ze mną nie wygra… O nie!

 

A w niedzielę 
urodzinki mojego syneczka. Zbierze się cała rodzina i… właśnie… pisałam któregoś
dnia, ze mi pokrzyżowali szyki. No to mi pokrzyżowali, bo najbliższej rodziny
to ja mam 21 osób i chciałam, ze względu na moje młodsze dziecko i komfort starszego,
KTÓREGO TO JEST ŚWIĘTO DO CHOLERY, podzielić imprezę na 2 dni. Ale mój teść stwierdził,
ze albo wszystkich zapraszam jednego dnia, czyli obie rodziny, albo on nie przychodzi
i teściowej tez nie pozwoli. Teściowa powiedziała, ze mi pomoże stoły przestawiać
i przyniesie krzesła… no trochę się wtedy oburzyłam…

- Wiesz. Jak rozstawię stół na 20 osób, to zajmie mi całą
jadalnię i salon. I gdzie się będzie bawił Franek?? –zapytałam

- oj najwyżej babcia weźmie go na gorę – odpowiedziała mi błyskotliwie
teściowa

- jasne… wszyscy przychodzą do niego na urodziny a ty go
chcesz zamknąć na górze, żeby wam było wygodniej ?? – poniosło mnie.. wiem.

Ale chyba zrozumiała, ze nie ulęgnę. Będzie szwedzki stół
(jakby nie było, bo jest z Ikei). Miejsc siedzących jest sporo, ale dla mnie najważniejsze
jest to, żeby MOJE dziecko, które ma URODZINY, miało się gdzie bawić. W dupie
mam komfort mojego teścia.

A dzisiaj była kolejna odsłona dopytywania się o imprezę, bo
nieopatrznie powiedziałam, ze będziemy z mężem moim sami robić tort dla myszorka :)

- a zjadliwy będzie? – zapytała dowcipnie

- a nie wiem, najważniejsze, żeby smakował Frankowi, bo
wiesz TO JEGO (KURWA MAĆ) URODZINY – wycedziłam z uśmiechem – na wszelki
wypadek mogę dla was kupić biszkopty.

Wsiadłam do samochodu i odjechałam. Godzinę później telefon…

- a może ja wam zrobię ten tort?

- nie mamo, sami go zrobimy w sobotę.

- dopiero w sobotę?? Jak ty chcesz robić tort w sobotę? Przecież
biszkopt trzeba zrobić wcześniej – zmartwiła się teściowa

- a skąd wiesz jaki JA robię tort, dla MOJEGO syna? – zaczęłam
się irytować.

- a to nie będzie taki z kremem jak ja robię? – zdziwiła się

-a nie będzie, bo ja takich nie lubię – odpowiedziałam z
wrodzonym wdziękiem (to po mamusi mam)

- nie lubisz takich jak robie? Wiesz, takie jak moja teściowa
robi? – dopytywała się

- wiem i właśnie takich nie lubię, z tymi ciężkimi kremami,
a poza tym to przecież ma być tort dla FRANKA!!!!!!!!!!!!! – wybuchłam

- oj no rzeczywiście, bo przecież ja spirytusem nasączam….

No ja pierdzielę….  Czy
to ja jestem nienormalna? Czy to oni wszyscy mają coś z garem??

TO SĄ URODZINY MOJEGO DZIECKA. TORT ROBIĘ DLA NIEGO. GOŚCIE
PRZYCHODZĄ DO NIEGO. MY JESTEŚMY JEGO RODZICAMI I TO MY ZDECYDUJEMY, JAK TA
IMPREZA BĘDZIE WYGLĄDAĆ. KONIEC TEMATU.

Aaaa.. właśnie. Będzie sushi :)  oprócz tortu.

Mój syneczek dzisiaj pierwszy raz malował farbami. Ładnie, prawda?

 

w ogóle ładny jest….

A Helenka…. no cóż.. ona jeszcze kiepsko maluje, ale ma duuużo wdzięku :)

 

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Blady trup

19 sty



Zaraz padnę tytulowym bladym trupem.

 

Ale od początku……

Zawiozłam wrednego Myszora
do żłobka, na 8.30 bo zaspalam Pewnie dlatego, że walczyłam z gnojkiem od 6-7 i w pewnym momencie się poddałam i padłam. Potem do przychodni, załatwić przeniesienie dokumentów Franza do przychodni w Kanzasie. Potem po mamę do pracy. A potem z mamą do Jyska po koszyki…

No i potem się
zaczęło….. wyniosłyśmy meble z jednego pokoju do drugiego, potem z tego
drugiego, inne (tak, tak, te które skręcałam w niedzielę), do tego pierwszego. Po
drodze, zgarnęłam meble z przedpokoju i wniosłam inne na ich miejsce. Wyniosłam
tez resztę tych, z pierwszego pokoju i drugiego – do trzeciego. Tam
przestawiłam je ze dwa razy. Na koniec w najnowszych meblach poukładałyśmy nie najnowsze
rzeczy, jakkolwiek niewątpliwie potrzebne.  Miedzy innymi nalewki, wódkę i kieliszki. (których
notabene bardzo mi teraz brakuje). Ledwo zdążyłam wstawić ostatnią flaszkę do
szafki, a już musiałam pędzić po myszorka. Odebrałam, wróciłam do domu, mąż jedyny
przekazał mi Helenkę. Szybko oddałam i zabrałam się za kluchy leniwe dla młodego
i dla siebie, bo w ferworze walki zapomniałam o jedzeniu. Zanim zagotowała się woda
na „kluchi” wstawiłam kompot z jabłek i umyłam 4 butelki. Potem szybko zrobiłam
mleczka dla bachorków, ubrałam wyciągnięta z wody Hellunię, umyłam Frankowi głowę,
położyłam spać i zbiegłam na dół, bo od kilku dni straszył mnie i śmiał mi się prosto
w twarz, kosz z praniem do prasowania…..

Pokonałam go właśnie………………. Nie żyję. Padłam bladym, lekko zaróżowionym
od żelazka, trupem. Na kanapę. Boli mnie ramię od prasowania i kręgosłup od podnoszenia
zajebiście ciężkich mebli z 1990 roku…. Mąż pojechał po mleko i witaminki dla
laluni. Jak wróci bez wina to zabiję jak psa.

Mam zadyszkę i nie wiem czy jutro się podniosę z łóżka… Myślicie,
ze dam rade? W razie czego, która ma najbliżej żeby w razie czego wpaść i nakarmić
moje najmłodsze dziecko?

Taaa… mąż będzie w pracy. Do 23. Sobie nie odpocznę raczej…….
Ale przecież dzisiaj był w domu, to mnie trochę odciążył, nie?

No dobra… żarty na bok. Kto mnie dzisiaj przebije? Co?

 

Stół ma 2 metry na metr, żeby nie było.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Serduszko z flakiem

18 sty



Mój flaczek niemowlaczek ma w serduszku jakąś błonę, która jej
furkocze miedzy komorami. Jest zupełnie niegroźna, ot takie coś. I to sobie tam
lata i szemrze. Dziwne. Ale mam się nie denerwować, bo rożne rzeczy się zdarzają,
a to mojej Helluni nie zaszkodzi. Poza tym wszystko ok. no prawie. Nie wszystko
co miało się zamknąć się pozamykało, ale dead line mamy do 5 miesiąca. I wtedy
jeszcze raz sprawdzimy. A na razie jest dobrze. Jeszcze tylko te nereczki
musimy skontrolować.

 Ech…

No a teraz siedzę i piję wino. Białe. Tak na wszelki
wypadek. Jakbym miała je rozlewać. I zjadłam pierogi z Wigilii, które sobie
przezornie zamroziłam na czas „po karmieniu”. 
I wiecie co? On właśnie nadszedł. Dlatego tak się opijam winem i zajadam
wszystko to, czego nie mogłam jeść przez ostatnie 2,5 miesiąca. Koniec karmienia.
Tzn. nie rezygnuję w ogóle z dawania dziecku jeść. Teraz nadszedł czas
buteleczki z enfamilem. A ja będę w końcu pić wino i się objadać brokułami i
innymi surówkami. Nie mogłam się doczekać………

A teraz idę zmywać. Pa.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS