RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2010

kredens

17 sty



No i jak się okazało to był właśnie jeden z tych dni. Tyle,
że to mama musiała sobie cos kupić. No i ona sobie nakupowała tych mebli, a ja
je dzisiaj skręcałam. Tymi rączkami! O, tymi właśnie :) i moje dzieci tez były.
Oba. Niemądre posuniecie, ale nie chciały zostać same w domu. Tzn. Franek powiedział,
ze może zostać z Helenką, ale nie będzie jej usypiał :). No to musiałam je zabrać.
A potem wezwać ich prababcię na pomoc, bo już z babcią, czyli moją mamą nie dawałyśmy
rady. Właściwie to ona nie dawała, bo ja sobie świetnie radziłam. Z kredensem. I
ze stołem. I z witrynką.

Teraz już nikt się nie będzie mi dziwił, ze jak siedzę sama
z dziećmi przez tydzień, to mam ochotę poderżnąć sobie żyły a nawet strzelić do
siebie z łuku. Co pewnie jest trudne, ale nie aż tak trudne jak opanowanie
rozwrzeszczanych bachorków.

A przed chwilą wylałam pół szklanki wina, czerwonego,
wytrawnego. Na podłogę. I nie tylko. Na białą kanapę również. Właściwie głownie
na kanapę, która natychmiast zaczęła przypominać krwawego dalmatyńczyka. Popatrzyłam
na nią znieczulona poprzednią połową szklanki, którą na szczęście udało mi się wlać
w siebie.  „Ojoj” pomyślałam
(błyskotliwe, doprawdy), zaśmiałam się (to już niepokojące raczej). I poszłam na
górę po mojego przyjaciela, którego jeszcze dzisiaj nie użyłam. Tak, Sherlocku,
poszłam po DOMESTOS. I wiecie co? Jest czysta. Tzn. tylko tam, gdzie była w
ciapki. Bo reszta nadal jest zakurzona :) i teraz siedzę w oparach absurdu, tfu
domestosa i czekam na męża z nowym winem.

A tak niedawno to z niego się śmiałam, ze grzańca mi wlał do
szafki z porcelaną. Pfffffffffffffff. Tez cos!

Z niusów. Mąż Ju został magistrem. Mąż motylicy wrócił ze
szpitala z małą motyliczką i już są wszyscy razem. Zdrowi, a to najważniejsze. Mąż
Ewy uciekł na Haiti. No może niezupełnie uciekł, bo jeszcze ktoś pomyśli, ze
Zygmunt tak mu dal w kość, ze facet wybrał trzęsienie ziemi. Nie, nie. Mąż Ewy poleciał
szukać w ruinach żywych Haitańczyków. I miejmy nadzieję, że kogoś znajdzie. Fajnie
mieć takiego męża. Strach jak cholera, ale jaki odważny! To prawie tak, jakby się
było żoną Batmana, albo jakiegoś Spidermana. Tylko bez tego głupiego chodzenia
w rajstopach. Za dzielnego strażaka Ewy trzymamy kciuki, a za nią w sumie tez możemy.
Bo ona to ma z nim 3 światy… :) ale jaki Zygmuś będzie kiedyś dumny z taty jak się
dowie, ze jak miał 2 tygodnie, to tatuś czmychnął na drugi koniec świata, pomagać
zupełnie obcym ludziom.

A mój Superman, Batman i Bob Budowniczy w jednej osobie niedługo
wróci. Podobno…

No ja mam nadzieję….

 

Aaaaaaaaa… wiecie dlaczego piłam wino ze szklanki? Bo pomyślałam
ze kieliszek jest mniej stabilny, a ja jestem tak zmęczona, że na pewno go przewrócę.
Doprawdy…..

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kotlet

16 sty

są takie dni, kiedy człowiek się budzi i czuje, że musi sobie coś kupić… na przykład szafę, albo kredens, albo chociaż stół i klopsiki.
Co robi wtedy człowiek? Czlowiek znajduje opiekę dla młodszego dziecka, starsze natomiast zabiera ze sobą do IKEI :) No i właśnie taki jest plan na dziś. Ja to bym chciała szafę, mama kredens, a Franeczek… będzie ciężko, bo pewnie będzie chciał wszystko, ale mam nadzieję, że w tym "wszystko" będą też klopsiki, bo nie chce mi się dzisiaj gotować.

A wczoraj….
- mamo, co to?
- kotlet
- co to?
- kotlet
- co to??
- KOT LET!!
- miau??

A wcześniej była u nas ciocia motylica, jak zwykle uzbrojona po zęby :)
na szczęście uzbrojona w aparat…….

no i się nie mogę zdecydować teraz, co Wam pokazać..

czy Franka…

czy Helenkę…..

czy może oba naraz…

a może jeszcze z matką-mietką?

:))

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

fuj i ble

14 sty



Lepiej. Dzisiaj lepiej. Nie widziałam się z teściowa. I nie
zamierzam. Czekam aż zacznie błagać żeby się ze mną zobaczyć:)

A jutro będę zajadać kluski z motylicą i plotkować o
bachorkach i kolorach ścian. Bosko. Bo w ogóle to mam kilka nowych pomysłów na
malowanie ścian. Ewoluuję. Może to to powietrze w Żabiczkach? Żebym się tylko w
moją teściowa nie zamieniła… jak zacznę malować, albo liczyć znicze na grobie w
święto zmarłych to weźcie mnie walnijcie, byle mocno.  Kurcze, może to przez to siedzenie w domu i
nie pracowanie jej się tak popierdzieliło w głowie? Jeżeli tak, to jest dla
mnie wystarczający powód, żeby nie wydłużać urlopu macierzyńskiego.  

No i jest jeszcze całkiem nowy PLAN na życie. I na
zarabianie na nie. Bo jak inni nam płacą, to jakoś nie jest za fajnie. Chyba chciałabym
być sama swoim szefem. Bo mój to nawet nie wie jaką lubię kawę :) no i na ten
dom w Toskanii trzeba jakoś zarobić, żeby się przed 80-tką wynieść z tego
zimnego kraju. No bo nie oszukujmy się. Wkurwia mnie już ten śnieg i w ogóle ta
cala zima. Przez chwilę było fajnie, ale już wystarczy. Do widzenia, so long,
orewułar, fak off.

 

Ubranie 2 dzieci i wyjście z nimi z domu jest misją godną
Bonda. A na razie jeszcze ani jedno w miedzyczasie nie chce iść siusiu, a jeżeli
nawet o udaję, że nie słyszę. No to najpierw ubieram Miśkę i wystawiam na ganek
bo tam chłodno, to się nie zapoci. W międzyczasie ubieram siebie, na końcu myszorka.
Potem próbuję się nie zabić idąc z młodym za rękę a w drugiej trzymając fotelik
z Hellą. Bo wiecie, jest zajebista zima, nasze podwórko jest odśnieżone, ale
moje skórzane kozaczki z Zary nie przypominają butów z rakami, ani nawet
trekkingowych, umówmy się, to w ogóle nie są buty zimowe..

No wiec jakoś udaje mi się doczłapać do samochodu i tu –
kolejna zagwostka. Które z młodych wsadzić pierwsze. Żeby włożyć Hellę, muszę
puscic rękę Franka. A co wtedy? No pewnie, że nawiewa. Gorzej jak dzieje się to
pod żłobkiem na parkingu. Wtedy muszę rzucić młoda w foteliku w śnieg i gnać za
tym matołkiem zanim cos go rozjedzie. Pod domem jest tylko trochę lepiej –
fakt, nic go nie przejedzie, ale wystarczy, że mój delikatny syneczek wpadnie
rączkami w śnieg to jest draka. Bo śnieg jest zimny, a on tego nie lubi… Bardzo
tego nie lubi!! Tak bardzo tego nie lubi, że pewnie go słyszeliście jak
grzmotnął w zaspę tydzień temu, nawet jeżeli mieszkacie w centrum Łodzi…

Także najbezpieczniej jest na początku stawiać fotelik z
Hellą obok auta i usadzić młodego, przytroczyć do fotelika i dopiero później zrobić
to samo z siostrzyczką. Ale zanim ja na to wpadłam… No nieważne już wiem. I dzielę
się z Wami tą wiedzą, jak dobrą nowiną, niech Wam służy.

Klu jest takie, że ja zimy nie lubię. Nigdy nie lubiłam, ale
teraz to już w ogóle przegięcie. Fajnie jest, bo sanki i w ogóle widok za oknem
całkiem niezły, ale już wystarczy do ciężkiej cholery. Już się nacieszyłam
widokami. Te bażanty co mi łażą za oknem równie dobrze co na białym, wyglądają na
zielonym tle. Ja chce już chodzić w japonkach…. W koszulkach… W krótkich
spodenkach…. Sukienkach… w ogóle chcę chodzić, a nie ślizgać się lub brodzić w śniegowo
– piaskowo – solnej brei. Dosyć tego białego gówna. I wszystkich jego odcieni. Fuj
i ble.

Idę po herbatę…. Do jutra.

 

 

 

 

oooo jeszcze tak dla równowagi po wczorajszej sesji Helenki.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień nie dobry

13 sty



Mam wkurwa dzisiaj, ale nie chcę o tym pisać. Moi sąsiedzi –
teściowie wyprowadzili mnie z równowagi, nie będę rozwijać, bo już dzisiaj się na
ten temat nagadałam. Ale pokrzyżowali mi nieco plany na urodziny Franka. Ustąpiłam,
bo tak chyba powinien zrobić mądrzejszy, ale następnym razem nie odpuszczę. W ogóle
jakoś to sobie odbiję. No nieważne.

Wczoraj uciekłam z domu. Prawie na cały dzień. Z ostatniej
ucieczki wróciłam do domu po północy… Jezuuu jak mi było dobrze. Od razu świat jakoś
wyglądał mniej ponuro. I dzieci swoje nawet trochę bardziej polubiłam, bo po
ostatniej, poniedziałkowej akcji wieczornej, uwierzcie mi, delikatnie mówiąc  nie przepadałam za nimi. Także takie ucieczki
są jak najbardziej wskazane. Dzisiaj natomiast uciekł mój mąż, ale on przy
okazji ucieczki załatwił jakieś koszmarne sprawy w urzędach, do których ja się nie
mogłam zebrać od ponad 2 miesięcy. Miedzy innymi becikowe. Bo wiecie, jakoś się
jeszcze nie zebraliśmy, żeby je wyszarpnąć od naszego państwa. A za taka ciąże jak
ja miałam i za te wieczorne wrzaski, to czuje, że jak nic mi się należy!

 

A teraz muszę po raz kolejny w tym blogu bić się w pierś i odszczekiwać
co napisałam. A właśnie, czy można odszczekać to co się napisało? Czy może muszę
to odpisać? Zdilejtować? No nieważne. Napisałam niedawno, ze noworodki nie są śliczne,
prawda? No napisałam. To głupia byłam. Bo widzicie wczoraj moja Najlepsza dała
mi zdjęcia mojej 2 dniowej Helenki, jeszcze ze szpitala. I wiecie co? Zabijcie mnie,
jak ona nie jest śliczna. No jest jak cholera, jak wszyscy diabli. I oglądałam zdjęcia
noworodka – Stasia i tez był śliczny…  to
albo się myliłam i wszystkie noworodki są śliczne, albo tylko te nasze. Sama nie
wiem… ale jak patrzę na Franka to nadal wygląda jak Eskimos. Ale wyjątkowo śliczny
Eskimos..

Zdjęcia będą, ale później. Na razie to bym się chciała zwierzyć
z takich małych marzeń. Do kina bym poszla z mężem jedynym. Albo już nawet z
kimkolwiek. Niech mnie ktoś zabierze na „Parnassusa”, albo na „Nine” , albo na
cokolwiek, byle było dozwolone od lat 18 i nie miało przed sobą zapowiedzi
niczego dla dzieci. Chcę oglądać filmy dla dorosłych, nie chcę już „baji”. Chcę
iść do restauracji, najeść się po dach i nie musieć potem sprzątać i zmywać. Tak
mi się dzisiaj marzy….  Ale teraz wracam
na ziemię, na kanapę, „na wspólną” …. Wybiorę jeszcze jakieś zdjęcia tego
mojego ślicznego nowego rodka :)

 

 

 

 

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dzwoni mi

11 sty



Nie mogłam wczoraj pisać bo mnie zasypało :) pranie… do
prasowania. No i stałam cały wieczór uzbrojona w naprawione przez jedynego męża
żelazko i próbowałam pokonać metrowej wysokości górę wypranych, pogniecionych
ubrań. Udało się, ale skończyłam dopiero kolo północy… taki niedzielny relaks,
a co!

A dzisiaj znów poniedziałek i koniec relaksu. Właśnie z
Hellą w chuście zrobiłam chochelkowe rogaliki z dżemem i się rozpadam, bo tak
mi dobrze. Po 7 dałam sobie po łapach, wytłumaczyłam sobie, że to dla dziecka zrobiłam
i niepocieszona opuściłam kuchnię. Tym którzy u nas gościli nie musze mówić jak
trudno jest opuścić kuchnię pozostając na tym samym poziomie. A te pieprzone
rogaliki pachną w całym domu…  No i po co
ja to zrobiłam?? Tak, wiem, dla dziecka, które nic nie chce jeść bo rosną mu od
miesiąca kły. Wszystkie 4 naraz.

ooo takie mi wyszły.. http://www.dwiechochelki.pl/2010/01/rogaliki-serowe.html

 

 

Czytałam gdzieś, ze jeśli chodzi o ból zębów przy wyrzynaniu
kły sa na czele tej niechlubnej stawki. Wyobrażam sobie zatem jak boli jak „idą”
wszystkie cztery. Biedny myszorek… i biedna ja, bo jakoś musze z tym marudnikiem
wytrzymać. A swoją drogą skąd oni wiedzą co boli dziecko najbardziej? I jak się stopniuje taki ból? Przecież dziecko nie powie "oj te ząbki bolą bardziej niż te poprzednie". Jak oni to sprawdzają, mądrale?

 

2 godziny później….

Przeżyłam. Jakimś cudem przeżyłam, ale nadal nie słyszę na
lewe ucho i cos mi dzwoni. 18.15 Franek zaczyna marudzić krzyczeć i budzi
Hellę. Obudzona córka wszczyna alarm i wrzeszczy mi do ucha. Lewego właśnie. Na
to Franek do niej „nie krzycz! Krzyczysz!”… Nie przejęła się. Teraz krzyczą już
oboje. 18.45 Przychodzi babcia żeby mi pomoc opanować to towarzystwo. Robię dla nich
mleczko i idziemy na górę. Helena wrzeszczy nadal przy każdej próbie położenia jej
do łóżeczka. Wsadzamy Franka do wanny, obok wsadzam Helenkę. Jest dobrze i
cicho. Bachorki pluskają się w wannie. Chwila nieuwagi, Franek zaczyna machać
łopatką, zalewa mnie, babcię i Hellę. Ta zaczyna wrzeszczeć. Zabieramy młodemu łopatkę.
Jak myślicie? Zaczął wrzeszczeć? No raczej. Wrzeszczą oboje. Ubrana lalunia
dostaje flaszkę. Babcia ubiera wrzeszczącego Franka. Zamieniamy się. Chwila spokoju.
Nurofenik przeciwbólowo, viburcol na uspokojenie a bobodent na dziąsła. Tak przygotowany
Franek ląduje w łóżeczku. W tym czasie Helenka zaczyna wrzeszczeć, że za mało
żarcia…. Idę dorobić. Babcia wychodzi. Helenka się zamknęła i jadła, Franek przyszedł
sprawdzić co u nas. Odprowadziłam go nie przestając karmić wrzeszczunki. Położył
się. Zjadła. 19.45 Zapadła cisza… ogłuszająca cisza.

Nadal jest cicho, ale boję się,
ze jeszcze ze mną nie skończyli. Dzwoni mi w uszach. A właściwie tylko w
prawym, bo na lewe nie słyszę. Idę wypić z gwinta resztę wina. Pieprzyć to. Nie
dam się.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zamiecia, zamietka, zamietunia…

09 sty



 

No to zamiotło. I to nie pod dywan…

Z sanek oczywiście nic nie wyszło. Mnie to się w ogóle tylko
na chwilę z domu wyszło i szybko wróciło. Zimno jak diabli, zasypało nam podwórko
a na dodatek ktoś jeszcze odkręcił kurek z wodą i to wszystko co spadło zostało
jeszcze skute lodem. Bosko. I co z tego, że od wczoraj z 10 razy przejechał
naszą ulicą „tachtor meł meł”. Nadal nie jest dobrze. Strach pomyśleć co by było,
gdyby ów ”tachtor” nie przejechał, skoro po jego przejeździe i tak dobrze nie
jest. No nic. Ja nie musiałam dzisiaj nigdzie wychodzić, a tym bardziej jeździć,
ale biedny mój jedyny mąż musiał pojechać do pracy. Wstał rano, poszedł do garażu,
założył Heldze łańcuchy i jakoś się z tej naszej wsi wydostał. Podobno w
centrum Łodzi było tylko trochę lepiej. Fajnie, że jest weekend. Ale tylko trochę.
Trochę, bo nie musiałam jechać po Franka do żłobka. Nie fajnie, bo Franek nie był
w żłobku.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja bardzo kocham mojego
pierworodnego, ale on przechodzi właśnie  kolejną fazę wyrzynania się kłów. Ślini się,
nie chce jeść, spać, wrzeszczy i jest niemiły. Dzisiaj w nocy nie spal w ogóle,
a ja razem z nim. Hella moja piekielna natomiast porzuciła całkowicie spanie w dzień,
a przynajmniej ograniczyła je do niezbędnego minimum. Rano za to spała do 11. Szkoda,
ze ja nie… w ogóle to jakiś spisek jest bachorków. Śpią na zmianę. Sporo ryzykują.
Wykończą matkę i kto im będzie tachtory rysował i pieluchy zmieniał? No kto?

Jakoś tak dzisiaj sił mi brak… niedawno zjadłam pierwszy posiłek
dzisiaj… bo przecież śpią na zmianę, nie?! I usiadłam sobie. Bez obciążenia, w
sensie żywego krzyczącego, bo z lapkiem na kolanach. Ale już słyszę, ze z łóżeczka
jakieś jęki dochodzą. I teraz nie wiem, czy udawać, ze nie słyszę i poczekać aż
się rozkręci dziewczyna, czy interweniować póki jęki nieznaczne… sama nie wiem…
gdybym tylko miała siłę wstać, albo się chociaż nad tym głębiej zastanowić. Ucichły
chwilowo. Czyli decyzja o pozostaniu na kanapie nie była taka zła :)

A Ju, chce się z parteru na 11 piętro wyprowadzić. Mam wrażenie,
ze to jest ten sam ciężar gatunkowy, co przeprowadzka z Kozin do Kanzasu. Tylko
nie wiem od czego może się człowiekowi bardziej w głowie zakręcić :)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

niż z Prowansji

08 sty



Plan na jutro był następujący. Biorę starsze dziecko i młodsze
do auta. Małe zostawiam u mamy/babci w zależności od tego, która będzie ją chciała,
starsze jedzie ze mną na Stoki. Tam spotykamy się z motylicą i jej
przychówkiem. I…. IDZIEMY NA SANKI. Od rana szukam swoich snowboardowych
spodni, swetrow cieplych i butow po nartach. Znalazłam tylko sweter, ale jakoś dałabym
jutro radę. Ale… Plan na jutro może nie wypalić. Z przyczyn ode mnie
niezależnych. Bo jutro moi mili ma być tak…

Polska: w weekend śnieżyce,
potem nawet -17 stopni

 Tak napisali na wp. A
ja im raczej wierzę. I wiecie co. Cholera jasna, za wszystko podobno odpowiada jakiś
cholerny niż z nad Prowansji… Też coś! Nie ma co robić taki niż? Nie mógłby tam
po prostu zostać, a my byśmy sobie pośmigali na sankach? No i jeszcze ma wiać. Wiać
jak diabli. Czy 60 km/h to szybko jak na wiatr? Mam wrażenie, ze raczej tak… no
a jak jeszcze będzie zawiewać śniegiem z taką prędkością, to ja bardzo dziękuję
za te sanki. Ja sobie w domu z bachorkami posiedzę i popatrzę na tę klęskę
przez okno. I tak.

Nie mam też co liczyć na to, że Franek pójdzie się pobawić do
teściowej… Nieeee.. niestety po raz kolejny okazało się jak przewidującą i
troskliwą matką jest moja prywatna teściowa. Na sylwestra pojechali oni całą
rodziną do Władysławowa. I tam w nowym roku wybrali się na plażę i jakoś tak
niefortunnie się złożyło, ze fala dosięgnęła nogi mojej małej szwagierki. Podobno
jest to nawet nagrane ku potomności, (mam nadzieję, że bez ripleja). Jeżeli myślicie,
ze natychmiast zdjęli dziecku mokre buty, zapakowali w szaliki i zanieśli do
domu – jesteście w błędzie. Co zrobili moi teściowie? Poszli z 3 letnią córka w
mokrym bucie, w styczniu, na frytki. I dopiero potem do domu.  A co? Niech się hartuje… jakoś się nie
zahartowała. Przeziebiona jest ku zaskoczeniu mojej teściowej. „no bo ona nic
nie mówiła, że jej zimno i się nie skarżyła” …  
A Ty, nie pomyślałaś, ze te fala mogła być zimna i mokra? Zapytalam z
wrodzonym wdziękiem i wyczuciem…. Także Franek się w weekend z ciocią raczej
nie pobawi. Jakoś damy radę. No bo co? Ja nie dam rady?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

makaron i oliwa

07 sty



Uff. Pierwszy tydzień nowego-parzystego mamy ze łba. I nawet
nie było tak źle. Oprócz tego, ze najwyraźniej siadło mi natchnienie. A tak
naprawdę to wczoraj siadło mi wszystko. Cały człowiek. Człowiek stoczył bowiem
walkę z bachorkami pt. „zaśniecie, choćby nie wiem co”. Nie wiem co trwało w
przypadku starszego bachorka godzinkę, młodsze bachorzątko walczyło dzielnie 2
razy dłużej… i jak już przestały krzyczeć/wychodzić z łóżka/udawać
głodne/udawać chcące siusiu. Człowiek usiadł na kanapie, włączył kompa i… się
wyłączył. 3,5 godziny później ojciec bachorków wrócił, zdrapał matkę bachorków
z kanapy i kazał jej iść spać. Nie protestowałam.

Jeżeli jednak myślicie, ze jestem dzisiaj wyspana,
odpowiadam. NIE!! Pomimo tego, że córka bzdurka coraz rzadziej ma potrzebę
jedzenia w nocy i potrafi ciurkiem przespać 5-6 godzin. Jej starszy brat jednak
uznał, że fajnie jest z rodzicami i znajduję go czasem u nas pod kołdrą o
rożnych głupich godzinach. Ponieważ chcę czuć, że jestem konsekwentna
odprowadzamy go/wynosimy do niego do pokoju. Czasem ze 3 razy w ciągu nocy. To
raczej trudno się wyspać, jak się robi nocne wycieczki z 13 kilogramowym
śpiącym obciążeniem.

Ale ja nie o tym chciałam. Do dzisiejszej notki natchnęła
mnie motylica :) I marzenia. Ich marzenia, czyli motylicy i motylicowego męża.
Bo te marzenia okazały się tak podobne do naszych! A jeszcze na dodatek dzisiaj
skończyłam czytać „1000 dni w Wenecji”. Tak, tak, dobrze się domyślacie.
Zarówno my jak i motylicowie mamy taki pomysł na życie, żeby się wynieść z tego
zimnego kraju i ruszyć do Włoch. Oni co prawda nadal maja ochotę odmrażać sobie
tyłki na snowbowboardach, ja jednak wolę cieplejsze rejony. Fajnie by było tam mieszkać,
mieć własną knajpę, najlepiej z winnicą, codziennie  bez skrepowania jeść makaron i wszystko polewać
oliwą z oliwek… no, to plan na emeryturę już mamy. :) Bo jakoś nie wyobrażam sobie
przeprowadzki do Włoch z małymi bachorkami. Babo by się zapłakała. Już teraz mówi,
ze daleko mieszkam. :) Poza tym załatwianie czegokolwiek we Włoszech wymaga od człowieka
nie lada cierpliwości, a tej chwilowo mi brakuje. Może na emeryturze będzie lepiej?
No i trzeba na ten dom i winnicę zarobić. Mam nadzieję, że do emerytury się uda.

A tymczasem namówię męża, żeby zrobił lasagne. I może coś
sobie jeszcze poleję oliwą i posypię rozmarynem…  W ogóle to jak to jest, ze człowiek, który urodził
się w centralnej Polsce zamiast przykładnie jeść schabowego z kapustą i
ziemniakami, codziennie zjada pół kilo makaronu i miesięcznie zużywa 2 butelki
oliwy?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

noworodki nie są śliczne

04 sty



Miałam dzisiaj nie pisać, bo i nie ma o czym, ale mnie natchnęło
zdjęcie Zygmunta. Bo Zygmuś według swojej matki śliczny nie jest. I ja ją trochę
rozumiem. Nie to, żeby mi się nie podobał, bo całkiem ładny z niego chłopczyk,
ale ja rozumiem Ewę i to, ze nie potrafi się tak bezkrytycznie zachwycać własnym
potomkiem. Tak.. też tak mam. Jak patrzę na zdjęcia Miśki zaraz po urodzeniu
lub kilka dni po, to jakoś nie widzę na nich ślicznego noworodka. Kurczę, no według
mnie to noworodki nie są śliczne. Kompletnie nie panują nad grawitacją. I nie
chodzi mi o to, że upuszczone upadają, bo to jakby nic nadzwyczajnego i zdarza się
nawet dorosłym (co więcej nie trzeba ich nawet upuścić żeby upadli). Chodzi o
twarz. Ta buzia się jakoś do ziemi wyciąga. Nie wiem czy mnie rozumiecie, ale
chodzi o policzki, że są takie chomikowe, ale jakby je cos do ziemi ciągnęło. I
przez to noworodki (przynajmniej moje) wyglądają jak Kalisz. I nie jak miasto.

Tak naprawdę to dopiero niemowlaczki są śliczne :) Ale tez
nie wszystkie. Widziałam kilka brzydkich i dlatego nie lubię uogólnień, że wszystkie
dzieci są śliczne. Nie są. Zdecydowanie nie. Ale wróćmy do tych, które są. Moje
niemowlaczki były i są śliczne. Cale szczęście, bo jak zobaczyłam dokładnie moją
Miśkę i zobaczyłam włosy na plecach to zaczęłam na posag zbierać. A teraz po włosach
nie został ślad (niestety jednak traci również te na głowie). Poliki przestały
tak bezwolnie poddawać się sile ciążenia i Helenka z dnia na dzień robi się śliczniejsza.
I oczy jakieś takie ładniejsze się robią, większe i ciemniejsze… i te rzęsy. No
chyba jednak męża jej znajdziemy i nie trzeba będzie dopłacać. A z oczami to
Franek miał większy kłopocik jak się urodził. Nie dość ze nie chciało mu się ich
za często otwierać, to jeszcze miał jakieś takie skośne i opuchnięte i wyglądał
jak Eskimos. W dodatku nie miał ani jednej rzęsy!!  Masakra. Zmartwiłam się nieco, ale jak widać nie
na tyle, żeby reklamować. I całe szczęście bo teraz to się okazało, ze oczy to
ma absolutnie przepiękne, a rzęsy…… Nie ma takiego tuszu, który zrobiłby z
moimi to, co on ma naturalnie. Ale i tak twierdzę, że oczy ma po mamusi.. A co! :)

Wiecie co, fajnie mieć takie ładne dzieci, ale uwierzcie mi,
nie były takie od urodzenia… :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dziewczyneczka Heleneczka

03 sty



Hmmm…. dzisiaj 3, to wszystko wskazuje na to, ze moje młodsze
dziecko ma juz 2 miesiące :) zabijcie, nie wiem kiedy to minęło… a niby
powinnam wiedzieć, bo przecież siedziałam z bachorkami w domu przez ostatni miesiąc
i powinno mi sie dłużyc. a tu nic z tych rzeczy. z dziećmi w domu, lub bez,
czas zapiernicza jak szalony. ale o czym to ja miałam… O dziewczynce małej –
Helence. No to powiem Wam, że Helenka wcale taka mała już nie jest. Po 2 miesiącach
od urodzenia ma już prawie 4 cm więcej i 2 kg na plusie. I coraz ładniejsza się
robi. Już nie jest z niej taka klusencja. Buźkę ma mniej okrągłą i coraz mniej
przypomina Kalisza. Poza tym jak się uśmiechnie…… No jak się panienka
uśmiechnie to się jasno w pokoju robi.

Obiektywnie rzecz biorąc, to jest grzeczna, jednak w porównaniu
do Franka w jej wieku to kawał z niej piekielnicy. Przede wszystkim mamy na pieńku,
bo mamy inną potrzebę czułości. To znaczy ja mam dużo mniejszą niż moja córeczka.
Ja przynajmniej nie budzę się z taką myślą, „o fajnie, jest nowy dzień, znów się
będzie można do kogoś poprzytulać”.

Poza tym to małe lubi ciepełko. 23 stopnie w domu to dla
niej temperatura prawie idealna, dużo lepsza jest jednak 36,6 + bijące serce…
No co ja zrobię… Dobrze, że polubiła chustę, bo byłyby kłopociki..

Z karmieniem jest trochę mniej różowo.. Ale radze sobie przy
pomocy butelki i puszki z Enfamilem. I jakoś wymiennie dajemy radę. Niestety,
podobnie jak jej starszy brat, nie najada się tym co jej proponuję. Trudno. Żył
sobie przez to nie podetnę.

Najbardziej niesamowite jest dla mnie to, co ta mała panienka
zrobiła z moim mężem. Owinęła sobie go dookoła najmniejszego z malutkich paluszków,
w takim stopniu, w jakim nawet mnie się to nie udało. Tatuś jest na każde zawołanie
królewny, przytula ją, przemawia do niej, opowiada jej jaka to jest cudowna, wspaniała,
śliczna, jak bardzo ją kocha i czego to on nie zrobi, żeby była szczęśliwa… no
korbę ma kompletną, odbiło mu.. Ciężko jej będzie przyprowadzić kawalera do
domu, nie mam bowiem pewności, czy istnieje ktoś, kto spodoba się tatusiowi na
tyle, żeby go nie poszczuł psami.

A mój syneczek? Mój syneczek chyba się już oswoił  z myślą, ze dzidzia z nami zostaje i jak
tylko potrafi stara się być fantastycznym starszym bratem. Głaszcze Miśkę po główce
coraz delikatniej, dzieli się z nią swoimi ulubionymi biszkoptami i soczkiem „piju
piju”. Ostatnio nawet próbował ją namówić do zabawy wkładając jej do raczki
klocek. Ale nie chciała wziąć, to zrezygnował. Raz nawet złapałam go na tym, ze
przymierzał się do wzięcia młodej na ręce, ale jakoś mu się nie udawało. Na szczęście.
W każdym bądź razie wychodzi na to, że jak na razie to się lubią. I niech tak
zostanie, najlepiej już na zawsze :)

W ogóle to fajne to nasze życie z tą dwójeczką z piekła
rodem. Bywa ciężko, ale jakoś dajemy radę. Nie mamy wyjścia :)

 

 

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS