RSS
 

Archiwum - Luty, 2010

krajobraz po bitwie :)

28 lut

Wczoraj była impreza roku u Ju… 30 kilka kobiet, dużo wina i jeszcze więcej jedzenia. Parapetówka jak się patrzy! Spotkałyśmy się na dachu Retkini, z ogromną pełnią za kuchennym oknem… Sabat :) Później, a właściwie wcześniej jeśli weźmiemy pod uwagę porę dnia, oglądałam jeszcze ten księżyc z synem moim bezlitosnym o 5.24 przy okazji siusiania……… Ale..

W ogóle taka impreza, na której pojawiają się osoby, które człowieka "znają" ale człowieka nigdy nie widziały na żywo, ale jakoś sobie tego człowieka wyobrażają i widziały na WYRETUSZOWANYCH zdjęciach, są trudne. No bo jakieś tam wyobrażenie o innej osobie, z którą spotyka się w sieci i zna się jej życie, (na przykład z tego bloga), to się zazwyczaj ma… I ja wczoraj biedna przed imprezą spędziłam godzinę w łazience, żeby choć trochę upodobnić się do tych wyretuszowanych zdjęć :)

Najpierw poszła gruba warstwa kremu przeciwzmarszczkowego, na to szpachla, druga szpachla, silikon wszczelniający, masa wypełniająca wszelkie zagniecenia na twarzy, później farba lateksowa, żeby kolor ujednolicić, czarne mazidło na rzęsy, trochę złota na powieki i….. i dupa :) ni cholery nie przypominałam swoich ulubionych zdjęć  :) Poddałam się, pogodziłam z losem i pojechałam z moimi nowymi kanzaskimi znajomymi :) ppola, uwierz mi, to nie był ostatni raz, kiedy z Tobą piłam :) No a mąż ppoli to się nawet specjalnie uczesał na okoliczność ppoznania :) no doprawdy… nie trzeba było.. (odezwała się zaszpachlowana mietka).
Ale wróćmy na dach Retkini.. dawno się tak nie bawiłam. I to nie dlatego, że ostatnio moim głównym zajęciem było wycieranie dzieciom nosków i tyłków, a jedyne spotkania towarzyskie miałam na Spornej z lekarzami :) Miłe, nie ukrywam, ale bez przesady :)

To u Ju było super :) I nawet w kalambury grałyśmy, Zdolne bestie, nawet po pijaku potrafią bezbłędnie "udawać orgazm", "farbę lateksową" i "pocałuj mnie w dupę"… Taaaa…. wymyśliłam kilka haseł… Ale gdyby wszystkie wymyślała sister, nie wyszłybyśmy poza sferę sexu.. :)

A dzisiaj mniej leniwie.. Po 4 butelkach wina wyppitych z moją kanzaską kumppelką ppolą, zostałam porzucona przez męża (tak, do pracy pojechał, to chyba jasne), z dwójką nieletnich dzieci… I chyba pierwszy raz, tak naprawdę szczerze się cieszę, że teściowa wróciła wczoraj znad morza i tak blisko mieszka… I tylko jedno mnie zastanawia.. Jak to możliwe, że czuję się całkiem nieźle i tylko obiadu nie chce mi się gotować?

Miłe Panie, które tutaj bywacie, i byłyście TAM :) Fajnie było, prawda? :)

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sucha pielucha

26 lut

Godzina 1.45. Budzi mnie kopniak w twarz. Tak, myszorek znów wlazł nam do łóżka i śniło mu się że gra w piłkę. Bałam się zasnąć przy nim. Zaniosłam go do jego łóżeczka…. Godzinę później budzi mnie nieco bardziej delikatnie: "mama, si si" no to zerwałam się jak oparzona i biegnę do kibella… Siusiamy… I tak do 6 rano, kiedy to stanowczo odmówił powrotu do łóżka. Ale pielucha sucha…… tylko coś ostatnio się nie wysypiam i nie mam przez to pewności, czy było warto?

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jeśli dziś czwartek, to mamy niedzielę.

25 lut

Bo sobota była w poniedziałek. Taaa… mój mąż ma wolne. Drugi dzień w tym tygodniu, czyli dzisiaj jest niedziela. A pojutrze sobota i impreza :) Fajnie, nie? Pokręcony ten mój tydzień, doprawdy…

Byłam dzisiaj w Manu, ale nie mogę napisać z kim i po co, bo to tajemnica, ale było wesoło, a wcześniej kupiłam sobie kalosze!! Piękne białe kalosze w różowe kwiaty. Matko jaka ja będę elegancka w tym moim kansaskim błocie! i w ogóle chyba będę je nosić aż się wszystko roztopi. Będę zaklinać wiosnę. Jak mnie zobaczy w tych kaloszach, ta zima, to się podda i odpuści. :)

Nooooo w końcu….. mąż jedyny wrócił z winem…. 2 godziny go nie było, ale podobno "przy okazji" pojechał na myjnię i mi Helgę wykąpał, bo dzisiaj wstyd był straszny, bo Helga była szara i Szara się ze mnie śmiała, i w ogóle pytała czy mam dres do kompletu… No doprawdy…. Ja wiedziałam, że tak będzie….Przynajmniej jak była szara, to nie było widać, że ma 3literową rejestrację, ale to podobno, jak Policja zatrzymuje, to akurat nie jest powodem do radości, także już sama nie wiem…. No jakby nie było już tylko Szara jest szara. Helga nie. Założe się jednak, że jak ją rano zobaczę to nie stanie się przez to ani trochę ładniejsza………….

Przyzwyczaiłam się, owszem, ale do "polubienia" jeszcze daleka droga……

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

potem kino kawiarnia i spacer……

23 lut

Zasiadłam właśnie, położyłam laptopa na kolanach i czekam, które z wrednych pierwsze mi go zdejmie. Obstawiam to młodsze, bo mimo krótkiego stażu radzi sobie z tym fantastycznie…
No nic, zaryzykuję….
A wiecie dlaczego mnie wczoraj nie było??? Bo miałam imieniny i mąż mnie zabrał do kina. Nie miał wyjścia, musiał się postarać, bo rano nawet głupiego kwiatka mi nie przyniósł. Obraziłam się i sobie poszłam. Do samochodu oczywiście, dalej to już pojechałam. No to zadzwonił do mnie czy kino może być? Noooo może w sumie, ale że Sherlock ma być. I był. A najpierw to były kluski w bella napoli i wino. No wie jak mnie podejść. Wybaczyłam. A film super. Taki brytyjski. Lubię :)

A jutro jadę z mamą do manu, bo chce mi kupić prezent. No przecież nie będę jej powstrzymywać…. Poza tym ten sabat w sobotę.. Wiecie jak to jest.. 30 kobiet w jednym miejscu, trzeba się wystroić bardziej niż na pierwszą randkę, bo potem wiadomo… obgadają…
Także muszę sobie coś kupić nowego, schudnąć, urosnąć i przypomnieć sobie wszystkie mądre słowa, które zapomniałam jak mój mózg był ciążową galaretą. No i muszę jeszcze rozprasować zmarszczki……. Nie wiem czy się wyrobię do soboty.. Idę schudnać, pa!
A teraz możecie mi składać zaległe życzenia :) I proszę… życzcie mi, żeby moje bachorki były zdrowe. Ja wtedy będę miała pieniądze, bo nie wydam na leki i lekarzy, będę szczęśliwa i zdrowa, bo mnie nie będą zarażać.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

złośliwość całkiem żywych nie-przedmiotów

21 lut

Dużo mówi się o złośliwości przedmiotów martwych. O chowających się okularach, rozładowujących się telefonach, psujących w deszczu samochodach. Ale jak nazwać to, że jak tylko siadam do komputera, kładę go sobie na kolanach i klikam "pisz bloga", któreś z moich dzieci, zaczyna mówić/chrząkać/rzucać się w łóżeczku/wychodzić z łóżka/wołać mnie, choćby spało snem kamiennym przez ostatnie 2-3 godziny?? Przedmiotami nie są (bo za głośne i nie da się wyłączyć), martwe, dzięki bogu też nie, powiedziałabym nawet że aż nadto żywotne, a złośliwe? No sama nie wiem, czy 2 letnie i prawie 4 miesięczne dzieci potrafią być złośliwe… Może nie specjalnie, ale wychodzi im to świetnie tak zupełnie nieświadomie i przy okazji.
No więc (tak, ja wiem, nie zaczyna się tak zdania, ale wyjątkowo mi pasuje taki wstęp) od 2 dni próbowałam coś napisać. Pomysłów na notki miałam nawet kilka, ale wszystkie szlag trafiał z wyżej wymienionych powodów. Dlatego teraz, jak już w końcu zaległam z laptopem na kolanach i udaję, że nie słyszę tego przewracania się w łóżeczku, nie pozostaje mi nic innego, jak napisać, dlaczego nie piszę. To już wiecie. To pa.

Żartowałam. Jeszcze mam chwilę, dopóki panna Helena śpi chociaż częściowo. W ogóle to te moje weekendy są do dupy. Nie pamiętam kiedy ostatnio był w domu mój mąż w sobotę albo w niedzielę.. Żłobek nie działa, a co za tym idzie – bachorki są tylko moje i nie ma się z kim nimi podzielić. Czasem pożyczam sobie na chwilę babcię, czasem moją mamę, ale generalnie rzecz biorąc sama muszę się z nimi użerać. Czasem jest fajnie, ale najczęściej jest męcząco… bardzo męcząco… I dlatego, w przeciwieństwie do większości ludzi – nienawidzę weekendów… Szczęśliwie jutro już poniedziałek. Myszorek jedzie do żłobka, a Heleneczką zajmie się jej tatiś, bo tak się składa, że poniedziałek jest naszą sobotą… niedziela w tym tygodniu wypada nam w czwartek. 

ale w przyszłym tygodniu w sobotę (prawdziwą sobotę – taką sobotę w sobotę) zostawiam bachorki z babcią i uciekam z domu!! Jest impreza i bóg mi świadkiem, tego sobie nie odpuszczę!! Ponad 30 kobiet na 56 m2!! Sabat roku!! Ju oszalała!!

I mam tylko taką małą sugestię………….. nie rozmawiajmy w kółko o dzieciach………………..

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

bilans

19 lut

No i co mi dzisiaj pani powie? zapytała mnie wczoraj rano pani doktor… – nie ukrywam, najchętniej do widzenia – odrzekłam. Bo widzi pani, pani doktor. Helena jakby lepiej, a jak dłużej tu posiedzimy, to mnie już będzie gorzej. Bo oszaleję. I jeżeli tylko po osłuchaniu okaże się, że już jest dobrze, to ja bym się zaczęła pakować…
Wczoraj o 11 dostałam wypis i zadzwoniłam po męża.
- kochanie, wychodzimy. pakuj myszorka, zawieź go do mamy, weź od niej FOTELIK, CZAPKĘ I KOMBINEZON dla Miśki, przyjeżdżaj po nas. Przyjechał po nas.. Zgadnijcie, która część planu nie wypaliła… Taaa.. oczywiście zapomniał fotelika i kombinezonu…
Przez chwilę miał pomysł na wpięcie Heleny w fotelik Franka, ale wybiłam mu go z głowy, gdyż może i to nasze młodsze, fantastycznie się rozwija, ale siedzieć nijak nie umie. Poza tym pozostawała jeszcze kwestia kombinezonu. Nie do przeskoczenia przy +4 i świeżo wyleczonym zapaleniu płuc. No to wsiadł i pojechał. Na szczęście do mamy daleko nie jest, po 10 minutach wrócił i zapakowaliśmy się do domu. Uffffff..
Mam nadzieję, że mimo iż to miesiąc będzie na L, w lipcu nie trafimy znów na Sporną…
i ja bardzo proszę, doktorze T. nas tam myślami nie ściągać…. :) Bo ja za bardzo tęsknię wtedy za myszorkiem.
A właśnie…. myszorek… Nie wierzę, jak się dziecko potrafi przez tydzień zmienić.. Ile on zna nowych wyrazów!! Na przykład borsuk.. Może i nie często używane, ale jakie ładne!!
No i jak tylko wczoraj pozbyłam się u mamy mojej córeńki, zabrałam syneczka na bilansik.
Syneczek niestety był mocno wkurwiony na życie, bo obudziłam go za wcześnie i chciałam dać mu jeść. Wariatka… No to nie był w nastroju… Próbowałam przekupić go gazetką z naklejkami i samochodzikiem ze szpitalnego sklepiku, musiałam nawet wytargować 20 groszy, bo mnie z gotóweczki zczyścili dokładnie przez ostatni tydzień, a kart nie obsługują.
Udało się, i w humorze nieco lepszym podreptaliśmy na bilansik. Mój syn oczarował panią psycholog (nieco mniej "zwykłego pediatrę" bo jedynie 10-25 centyl), rozpykał wszystkie zadanka, powkładał, poukładał, powyjmował wszystko co chciała w dodatku z promiennym uśmiechem. Doczepił się jedynie do niezbyt starannego wykonania jednej z zabawek, gdyż w układance były luzy…
Oczywiście nie miałam najmniejszych wątpliwości, że mój syn jest najmądrzejszym dwulatkiem na świecie, ale teraz mam na to "papier", gdyż mój syn, według opinii pani psycholog wyprzedza rówieśników o jakieś pół roku… I co? Kto ma najmądrzejsze dzieci?? :) :)
Czyli stymulacja Jim Jam i cBeebies, wcale nie jest taka zła. Strach pomyśleć, jak mądrym byłby dzieckiem, gdybym mu codziennie przez 20 minut czytała przed snem!!

A teraz włączyłam Miśce zmywarkę i śpi. Franek w żłobku. Dziś pierwszy dzień w starszej grupie. No ale w końcu jest taki zdolny……. Na pewno sobie poradzi…

natomiast Miśka w domowych pieleszach wygląda tak…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

małe i duże dramaty… większe i mniejsze radości..

17 lut

Czy zawsze jak jest mi w miarę dobrze musi stać się coś takiego, co sprowadzi mnie z tej "chmurki" na ziemię? Z mniejszym lub większym hukiem? No to było całkiem nieźle i wylądowałyśmy w szpitalu, potem była poprawa, a następnego dnia klops. No i teraz boję się Wam napisać, że jest lepiej… Po co kusić los? Ale nie o Helence miałam. No może trochę, bo w sumie przez nią tu jestem, a miałam napisać "o okolicy". A dokładnie, o bezpośredniej okolicy naszego boksu… Boksy bowiem są przeszklone i doskonale widać małe i duże tragedie, które się za tymi szybami rozgrywają niczym na ekranie telewizora.
Nam niestety trafiły się te większe……..

I chyba nic tak nie uczy pokory i nie sprawia, że człowiek cieszy się z tego co ma, jak 24 godzinny wgląd w cierpienie innych ludzi.
Z jednej strony młodzi ludzie z wyczekanym, donoszonym dzieckiem, które wskutek błedu i niedopatrzenia lekarzy w jednej chwili stało się "warzywem" karmionym przez rurkę, bez szans na jakiekolwiek samodzielne życie. Tkwią na posterunku 24 godziny na dobę, karmiąc, masując, odciągając, wciskając… Ze łzami w oczach dbają o swoje ukochane dziecko.
Za drugą szybką jeszcze do wczoraj miałyśmy dwóch dorodnych kawalerów… jeden śliczny jak z obrazka, z okrąglutką buzią i ustami jak z reklamy gerbera, drugi, rozmiarem przypominający moją Helenkę – 3 razy od niej starszy, wcześniak. Obaj samotni, zdani na opiekę pielęgniarek i opiekunek z domu dziecka… Nikt ich nie kocha, nikt, przez nich nie płacze…
Kilka boksów dalej mały chłopczyk, którego mamusia codziennie o 20 zostawia samego, bo ją boli kręgosłup i niewygodnie jej na leżance… Dalej kolejny, mały chłopczyk z wystającymi z niego rurkami, które go karmią.
Mniejsze i większe tragedie, długie i krótkie historie, które nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A pośrodku my. Dwie matki i dwoje dzieci, w sumie to całkiem zdrowych dzieci, bo jak się tak rozejrzeć dookoła….

Miśce lepiej… tfu tfu… Z płucami. Nerki gorzej, pieprzone miedniczki znowu urosły. Ale wyleczymy ją, wszystko jej wyleczymy, naprawimy naszą Miśkę i będzie jak nowa :) A jutro zobaczę się z Frankiem :) Jest umówiony na bilans dwulatka na Spornej, to się z nim zobaczę. Najważniejsze, to się nie rozpłakać……………… Może już w piątek będę w domu……
Jak ja za nim tęsknię………

Helenka dzisiaj po raz pierwszy przewróciła się z plecków na brzuszek.
Wczoraj pierwszy raz zaśmiała się na głos.
Trochę szkoda, że to wszystko dzieje się akurat tutaj……….

nawet chora, Helena jest niezwykle elegancka. również od dupy strony :)

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Do dupy jest w Peru…

16 lut

Od wczoraj nie ma poprawy. Jest do dupy. Nie chce mi się pisać.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

optymistycznie.. poniekąd

15 lut

No to charczy jednak mniej. Noc przespana za nami i nawet pół dnia, a teraz, cóż za zaskoczenie – Helenka śpi. No bo tak to już jest z moimi dziećmi, że one bez powodu wredne nie są i nie płaczą. To w sumie dobrze, bo gdyby tak było to bym, jak na tej bajce o wilkach i innych zwierzętach, nie zauważyła kiedy naprawdę trzeba zareagować po serii fałszywych alarmów. No to u nas takiego wycia dla wycia raczej nie ma. Raczej i zazwyczaj. Stąd szybkie reakcje… Pochwalę się nawet, że jestem szybsza niż CRP. (Znaczy się jak piszą na Wikipedii – "Białko C-reaktywne. Oznaczenie stężenia CRP wykorzystuje się w monitorowaniu przebiegu chorób zapalnych"). No to jestem szybsza. Przybywam na Sporną zanim się za bardzo podniesie. Oby jednak już się nie podnosiło, najlepiej nigdy, a przynajmniej już nie w tym roku. No ale do rzeczy. Miśka jakby lepsza i bardziej różowa, mniej dyszy i charczy, no akurat w tej chwili chrapie, ale tak w ogóle to lepiej. Chociaż nadal "infekcja jest obecna". Niech spieprza, na boga, bo już jej nie chcemy….. Już wystarczy….
A teraz się obudziła nie wiadomo po co i na mnie patrzy tymi wielkimi ciemnymi oczmi kosmitki… No właśnie. Tak ją sobie dzisiaj dokładnie obejrzałam, bo w sumie niewiele więcej mam tu do roboty i doszłam do wniosku, że chyba trzeba ten posag zbierać.. No bo ta moja Miśka to ma strasznie krzywe nogi :) I zakola. Chyba trzeba jej będzie grzywkę  zapuścić. Ale na to jeszcze poczekam bo ma jeżyka. No właśnie…. włosy jej wypadły, tzn te z którymi się urodziła i wyrosły jej nowe, na razie są krótkie takie centymetrowe w formie jeżyka. Na szczęście zniknęły te na plecach.. Tylko te nogi trudniej będzie schować…. Ale może jak już przestanie biegać z pieluchą to się jakoś wyprostują…?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sralentynki

14 lut

To w sumie dobrze, że nie obchodzimy z mężem walentynek. Przynajmniej nie musimy się martwić, że ja tu, on tam.. On z Franeczkiem (oczywiście jak wyjdzie już z pracy), ja z Heleneczką. I takie oto mamy sralentynki w tym roku posrane.
Jutro koniec weekendu i w końcu zaczną pojawiać się lekarze na dłużej niż 5 minut. Nie to, że jakoś specjalnie mi brakuje fachowej pomocy, bo akurat jej nie potrzebowałam, ale marzy mi się poznanie wyników badania siuśków mojej Miśki. Ja to mam marzenia….. doprawdy….
No i może uda mi się "naciągnąć" szpital na usg nerek… Zajrzałabym i zobaczyła czy te miedniczki nie przypominają bardziej miednic, czy może zmniejszyły się w cudowny sposób do rozmiaru małych miseczek…
 I wiecie.. Jak tak tu siedzę to nawet pisac mi się nie chce, bo niby o czym? Tak jak wczoraj widziałam coś na kształt poprawy u Helenki, tak dzisiaj jakoś tego nie widzę. I tylko się martwię i tęsknię.. Do dupy mam humor.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS