RSS
 

Archiwum - Marzec, 2010

śłucham?

29 mar

Jakiś kryzys miałam blogowy. To pewnie przez te zatoki. Ale już mi lepiej, to piszę. Jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie i jakiej będzie długości, ale przynajmniej zaczęłam, a to już coś :)

To teraz kilka newsów.
Franek jest zdrowy i bardzo mądry. Mamy nową zabawę, wołam go "Fraaaaanciu", na co on odpowiada "śłucham", ja mu na to "kocham cię" a on w śmiech… Wyszukana zabawa, zdaję sobie z tego sprawę… Ale wciąga! Jak nie wiem co :)

Helena kaszle. Po konsultacji telefonicznej z doktorem T. podaję jej leki, a wieczorami modlę się, żeby było lepiej i chyba pomaga. Wierzę (paradoksalnie), że to leki pomagają, a nie modły, bo co jak co… podawanie leków to dla mnie nie pierwszyzna, gorzej z modleniem się. Jak już jesteśmy przy modleniu się, to muszę się wyspowiadać, bo za tydzień dzieci będą chrzczone i podobno ja nie powinnam być zapełniona, wypełniona czy też przepełniona grzechami. No ja nie wiem… I co? I mam iść i co powiedzieć? że klnę jak szewc i przynajmniej raz dziennie mam ochotę zamordować mojego męża? Powiedzieć mogę, ale czy jakiś ksiądz zrozumie? I co więcej da mi rozgrzeszenie? No ja nie wiem… Może nie mówić? Zastanowię się jeszcze. A później będzie impreza… obiadek… 32 osoby dorosłe i 6 dzieci….. ratunku?

Aaaa właśnie… impreza.. Była w sobotę. U Motylicy:) Faaajnie. I nawet był mąż motylicowy i w ogóle nie przeszkadzał! To rzadkie jak na mężów :) I wino było i makaron :) No czego chcieć więcej? Zrezygnowałabym tylko z bólu głowy, ale nawet on nie popsuł mi zabawy.

Martwię się o Ju… Izoluje się i utknęła na farmie… Ja naprawdę nie rozumiem tej zabawy, ale co chwila na facebooku informują mnie o jakichś krowach i innych jajach, które zebrała. No i kłóci się z mamą, a jak znam życie to ona z nią. I chyba przegrywa…. Bo jej nie ma… zniknęła i się o nią martwię.

Za to u Ewy się dzieje :) Zygmunt rośnie i chyba przestaje im się mieścić w mieszkaniu, bo dom budują. Zatem gratuluję i mam nadzieję, że szybko pójdzie, bo on najwyraźniej szybko rośnie :)

Hmmm… co jeszcze… wiecie, że wyjeżdżam z bachorkiami? Wiecie… Chwaliłam się przecież. No to wynajęłyśmy dom w Rowach i jedziemy. 480 km… Sama z dwójką dzieci.. W nocy jadę, to chyba jasne?

Co jeszcze…. Aaaaa… Mój mąż… Będzie w domu od piątku do poniedziałku… Nie wiem jak my to przeżyjemy…. Będę informować na bierząco :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zatoki i port

25 mar

Port Łódź odwiedziłam dziś. Z moją własną mamą i bez żadnego dziecka. I to było super, ale sam port.. No cóż, może gdyby nie paraliżujący mi twarz ból zatok i oszałamiająca temperatura ciała w okolicach 35 stopni, wrażenia byłyby lepsze… Nie pomogły nawet całkiem nowe buciki, koszulki, bluzeczki i sweterki. No może trochę :) No w sumie to nawet bardzo mi pomogły, na humor, ale nie na zatoki. No i na ogólny mój "odbiór" miejsca i wrażenia estetyczne też jakoś nie bardzo. Bo to chyba trochę za dużo, taki jakiś przerost formy nad treścią.. Dużo sklepów jeszcze nie jest otworzonych i jest przez to jakoś tak dziwnie się tam chodzi.. ale może później będzie lepiej… Nie wiem jednak czy to wystarczy, żebym zaglądała tam częściej niż przy okazji "bycia" w ikei.

Spróbuję jeszcze za jakiś czas.. jak już mnie nic nie będzie bolało. A nuż będzie lepiej :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wiosna. jednak.

24 mar

pamiętacie jak we wrześniu sadziłam cebulowe??
no to mi zakwitły. krokusy :) nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła swojej skuteczności i wiecie co? jest stuprocentowa :) 50/50 cebul wyrosło spod ziemi, a niektóre z nich mają już nawet całkiem ładne kwiatki :)

czyli, że wiosna :) ogłaszam koniec zimy i jeszcze w tym tygodniu pojadę zmienić opony! taka będę! i nawet Heldze ryja umyję :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jak tęsknię ja

23 mar

Głowa mnie boli i gardło i mam katar. Czyli wiosna w pełni. Wszystko budzi się do życia, a kobietom buzują hormony (pewnie nie tylko kobietom, a le tylko my mamy odwagę się do tego przyznać).
Na moim ulubionym forum pojawił się problem tęsknoty… Wdzięczny temat, jak się okazało głownie do kłótni. Bo jednym się wydaje, że jak się nie płacze, nie drze szat i nie pisze non stop o tęsknocie, to człowiek mniej tęskni… No to nie do końca tak jest. Bo każdy z nas tęskni na swój sposób…
JA na przykład tęsknię najbardziej jak Helenka zrobi coś po raz pierwszy, jak Franek powie jakieś nowe słowo. Jak dzieją się jakieś przełomowe wydarzenia, których tylko ja jestem świadkiem. I wlasnie wtedy tesknie, za moim mezem jesli akurat go nie ma. A że "akurat" w naszym życiu to 3/4 naszego życia, to już inna historia…
No niestety. Tak chwilowo to wygląda i tak pewnie będzie wyglądać jeszcze długo. Chyba mniej bym tęskniła gdybym nie miała dzieci. A może bardziej, bo wtedy miałabym więcej czasu, żeby się nad tym zastanowić… Jakby nie było czasem tęsknię, ale i tak mam dobrze, bo przynajmniej widzimy się wieczorem, czyli około 24 i rano przez półtorej godziny. Ale przez to, że jak durna na niego czekam (bardziej, lub mniej przytomna) sypiam po 5-6 godzin dziennie, więc chyba i to rzucę…
Super nie? Moja babcia mówi, że to daje szanse na długie i szczęśliwe małżeństwo. Moja mama po 25 latach małżeństwa ma podobne zdanie. Pierwsze 10 lat (innego małżeństwa) było zdeceydowanie mniej udane. Pewnie dlatego, że za często się widywali :)

Żeby nie było, że nie widywanie się z mężem to gwarancja powodzenia małżeństwa, czasem należy się spotkać i nacieszyć, a potem powrócić do tęsknienia :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

cała polska chrypi dzieciom

22 mar

Pamiętacie tę reklamę??

Otowąż była
gdziebądźto chatynka,

w niej szczęściliła miłośna
rodzinka.

I
była dzieńpodziennie pora, gdy tatko

czytywał swoim wsłuchiwatkom.

A gdy roztwierał
bajubajów księgę

wszystkie czytały tatki na potęgę:

kot – kocórce,
trąk – truszce,

pies – piesynku, much – muszynku,

Pąpuch –
pąpolinkom, świń – świninkom,

wszystko, to było szczęśliwą
rodzinką!

A
wiecie dlaczego tak się kochały?

Bo co dzień czytały,

co dzień
czytały,

co
dzień czytały.

Zajebista, naprawdę.
A ja tracę głos…  wszystko przez małoletniego potomka, którego postanowiłam "rozwijać" jeszcze bardziej, mimo tego, że rozwinięty jest nad wiek. No to czytamy. Codziennie… Młody pije mleczko, a ja czytam. Coraz ciszej i ciszej.. Z dnia na dzień coraz trudniej wydobyć głos. Psuję się. A myslałam, że kto, jak kto, ale ja dam radę. No bo co? ja nie dam rady mówić jeszcze więcej? No to informuję wszystkich tu obecnych, że nie… Nie dam rady. I teraz będę musiała w ciągu dnia nie mówić przez 15 minut, żeby później móc czytać. Nie wiem jeszcze jak to zorganizuję, ale może po prostu nie będę śpiewać z Frankiem w samochodzie? Niee… z tego trudno zrezygnować, bo sam podrzuca mi co mam śpiewać i nawet nie przeszkadza mu to, że głos to ja mam raczej średni..
To co mam zrobić? Nie mówić tak po prostu? Przecież ja nie mówię do siebie…
No nic, muszę to na szybko dopracować i może się na smsy przerzucić, bo jak babcię kocham, jutro starczy mi głosu najwyyżej na 10 minut. A już i tak urywam mu po 5 z tych reklamowanych 20 minut….

Franek – nad wiek rozwinięty wygląda tak..

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dialogi na 4 nogi

20 mar

- pani A.?
- tak przy telefonie.
- dzwonię z przychodni nefrologicznej..
- taaak?
- pani była umówiona z dzieckiem, na 17 marca?
- no byłam..
- no to profesora nie będzie. – i tu nastąpiła znacząca pauza. Co jak co, personel przychodni umie budować napięcie… – będzie lekarz na zastępstwo, ale dopiero o 12.
- dobrze, zatem przyjdę na 12, dziękuję za informację, do widzenia – mówiłam to już słysząc piiiip, piiiiip, piiiip….

17 marca, godzina 12.02 wbiegam zdyszana na 1 piętro w kaloszach w kwiatki, wpadam do "przychodni".
- pani doktor już poszła, nikogo nie było, to poszła, powiedziała mi, jak zwykle uprzejma pielęgniarka z przychodni.
- ja byłam umówiona, to mogła chociaż 5 minut poczekać – wydyszałam
- nie miała czasu, była tu na zastępstwo.
- a jakbym była, to miałaby czas? – i zapadła krępująca cisza.. -proszę zatem zadzwonić do pani doktor i poprosić, żeby wróciła, na 2 minuty i rzuciła okiem na wyniki badań mojego dziecka, bo ja nie jestem lekarzem i nie mnie je interpretować.
- no nie wiem, czy pani doktor wróci, ale później przyjdzie następna.
- fantastycznie, później, to znaczy kiedy?
- o 13.
- to ja jednak poproszę o skontaktowanie się z tą panią doktor, która stąd wybiegła minutę po 12, żeby przypadkiem nikt nie zdążył się z nią spotkać.
chwilę później..
- pani doktor nie przyjdzie, ale jest w pokoju lekarskim na tym samym piętrze…
- to poproszę te wyniki sama do niej pójdę

puk puk
- dzień dobry, szukam doktor….
- to ja, ale ja nie mam czasu
- ale, prosiłabym tylko o rzucenie okiem na wyniki badań, czy mogę przełożyć wizytę i czekać, aż wróci pan profesor, czy lepiej nie.
- pan profesor jest chory
- wiem, ale nie o to pytałam i nie po to tu jestem. jestem tu dlatego, że moje dziecko jest chore.
- proszę poczekać później przyjdzie koleżanka.
- to już słyszałam, wiem równieź co oznacza później. boję się poza tym, że wystarczy, że mrugnę, a już przeoczę ten moment kiedy będzie.
- ja nie mam czasu..
- nie, pani doktor, to ja nie mam czasu, to ja byłam umówiona na 12 a minutę później pani już nie było w gabinecie, a teraz nawet nie raczy pani spojrzeć na wyniki badań małego dziecka, które może być ciężko chore? na szczęście jestem na tyle uzdolniona, żeby się zorientować, że są one na tyle dobre, że spokojnie mogę poczekać na pana profesora, a nie tracić czas na rozmowę z jakimś przypadkowym lekarzem. do widzenia.

Wyniki badań są super :) Według mnie oczywiście. I mojej mamy. Równie zdolnego lekarza. 7 kwietnia spotkam się z profesorem i dowiem się co on o tym myśli. O ile nie trafiłam na czarną listę……

Pozdrawiam jednocześnie wszystkich lekarzy, którzy mają czas dla pacjentów i ich rodziców. Szczególnie jednego, jeżeli tu zagląda. To miłe. I bardzo pomaga :) I w diagnozie i w samopoczuciu.

a wczoraj ciotka motylica znów strzelała do mojego dziecka :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

pięknie, kur.., pięknie….

17 mar

Chodzi o to, że ja w ogóle nie mam humoru… Ostatnio tak mi ze wszystkim pod górkę… Jednego dnia umarł mój laptop, którego na szczęście szybko przywrócił do życia mąż Ju, następnego dnia moja komórka również wyzionęła ducha. Straciłam kontakt z wyświetlaczem i nie mogłam już nic… Tym razem jednak znowu miałam farta, bo akurat kończyła mi się umowa i w ciągu jednego dnia miałam nowy telefon i dzięki jakimś czarom, wszystkie numery telefonów, które miałam zapisane TYLKO w tym nieżywym telefonie… Ale uwierzcie mi, byłam blada jak ściana i drżały mi ręce na myśl o tym, że mogłabym stracić wszystko to, co zawierał mój telefon..
Swoją drogą to dosyć przykre, że ludzie (na przykład taka ja) tak strasznie przywiązują się do tak nietrwałych rzeczy… Powierzają im w najgłębszym zaufaniu, wszystko co się da, nie robiąc kopii zapasowej (bo po co, bo przecież zawsze zdążę), a potem wpadają do Ery z obłędem w oczach i rzucając się na pierwszego lepszego konsultanta, błagają o ratunek i przywrócenie choć części utraconego telefonicznego JA.

Tym razem się udało. i wiecie co.. nauczona smutnym doświadczeniem od razu zgrałam na dysk wszystkie numery telefonów, które udało mi się przywrócić i odzyskać. Nie…. nie zrobiłam kopii na płycie.. bez przesady.. przecież mam jeszcze czas!

Także ze sprzętem, jakże ważnym w moim życiu, miałam ostatnio na pieńku. Jeszcze tylko brakowało, żeby popsuła mi się pralka i zmywarka i szlag by trafił resztę moich "rozrywek"…

Ogólnie mam chyba jakąś depresję.. To chyba nic dziwnego, biorąc pod uwagę moją poprzednią notkę… Nic a nic się nie zmieniło, oprócz tego, że rano doszły mi jeszcze takie atrakcje w postaci odśnieżania i skrobania szyb… Taaak, oczywiście, że mam garaż, ale nie che mi się do niego wjeżdżać,… No to sobie skrobię… Na szczęście Franek jest trochę bardziej wyrozumiały niż Ewowy Zygmunt i nie drze się podczas zabiegów kosmetycznych, którym poddaję Helgę bladym świtem..

I przez tę zimę, to ja już chyba mam dość. Mam dość wszystkiego… Już mi się nawet nie chce makaronu gotować i pić wina, bo to już nie pomaga… piję i piję i nic, nadal widzę śnieg, a żebym tak, żebym przestała widzieć to białe gówno, to chyba muszę się na denaturat przerzucić.. a w fiolecie nigdy nie było mi dobrze…

Dzieci też już mnie wnerwiają czasem.. Niby moje i muszę je kochać ( :) ) ale czasem mam ochotę się spakować i uciec. Albo nawet uciec bez pakowania… A tymczasem głównie pakuję…. naczynia do zmywarki, ubrania do pralki, dzieci do wanny, dzieci do łóżeczek, franka do żłobka, dzieci do samochodu, razem i pojedynczo…
Całymi dniami tylko pakuję i pakuję… Chcę leżeć i nic nie pakować. Chcę leżeć i nie myśleć. Chcę przez chwilę nic nie musieć… Zmęczona jestem.
Mąż pracuje coraz więcej.. W sumie to mu się nie dziwię, też bym najchętniej spieprzyła stąd chociaż na 8 godzin.. Ale już niedługo. Po weekendzie majowym wracam do pracy. W końcu będe mogła się wysikać jak będzie mi się chciało, a nie 3 godziny później.. W końcu będę miała czas odpocząć i pomyśleć… Chyba, że do maja moja firma przestanie istnieć bo i tak może się zdarzyć, podobno….

Nooo.. i to tyle u mnie… A co u Was?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

srarzec

15 mar

15 marca, 7 rano, środkowa Polska…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

padło

14 mar

Znów mi wszystko padło, ale mąż Ju znów naprawił. Na szczęście. A wcześniej byłam bardzo zajęta pomaganiem Frankowi w robieniu ciasteczek chochelkowych :)

tak to było :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

a jednak

12 mar

A jednak nie jestem taką wyrodną matką jak myślałam.  A może i wyrodna to jestem, ale jeśli chodzi o odpowiedzialność i wyobraźnię , to nie jest ze mną tak całkiem źle…

A wszystko zaczęło się od dyskusji o elektronicznej niani z 2 kilometrowym zasięgiem… No właśnie! Kto normalny oddala się od śpiącego dziecka na 2 km?? JA na przykład wolałabym się oddalić jak najbardziej od takiego, które nie śpi.. Ale poważnie. Bo okazuje się, że i takie matki są, co wolą porzucić śpiące dziecko, żeby pospacerować z psem. No doprawdy, poraża mnie taka beztroska. Fakt, zwierząt domowych nie lubię, jedynie te w lodówce, (jak wspomniałam w poprzedniej notce). Ale nie jestem w stanie sobie wyobrazić pozostawienia dziecka, bo pies się musi wysikać… Gdybym była zmuszona do takiego wyboru – sikanie psa, czy spokój mojego sumienia – pies nigdy by nie sikał…

No bo takie dziecko to w jednej chwili śpi, a w drugiej nagle obudzone wpada w histerię, bo mamusi nie ma. A mamusia gdzie? Taaak spaceruje i wysikiwuje psa.. I to bez niani, bo to był tylko początek dyskusji o tym, do czego rzeczona może się przydać…

I tak sobie myślę, że jednak nie jest ze mną tak najgorzej… Nie trzęsę się nad bachorkami, że się przewrócą i ryjki sobie obiją.. Ale są pewne zasady, których przestrzegam i zostawianie dziecka samego w domu nie wchodzi w grę. Nawet jak śpi. Tym bardziej jak śpi………

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS