RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2010

życie i cała reszta…

27 cze

O tym, jak zmieniło się moje życie przez ostatnich kilka lat, najlepiej świadczą prezenty, jakie dostaję. Bo wiecie… W sobotę dostałam od moich ulubionych czarownic kompostownik. :) I powiem jak najbardziej szczerze, że po pierwsze wzruszyłam się prawie do łez, a po drugie, od czasu pierścionka z brylantem, który to dostałam od mojego męża, był to najbardziej trafiony prezent :)

Ja naprawdę marzyłam o kompostowniku. Szukałam na allegro, męczyłam męża, żeby mi zrobił i proszę…. Zebrało się kilka kobiet i przyjechało do mnie z kompostownikiem. Moim własnym, zielonym kompostownikiem.
No i to takie mam życie teraz :) Dzieci, ogród, wiecznie nieobecny mąż i kompostownik! Super :)
Już nie mogę się doczekać kiedy zacznę wyładowywać go wszelkimi odpadkami organicznymi i zaczną się procesy gnilne.. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu moim najwiękzym marzeniem było zostać redaktorem naczelnym polskiej edycji "Vogue". Ale… polskiej edycji jak nie było tak nie ma, a ja mam teraz inne plany :)

Przynajmniej chwilowo.

Wczoraj również dowiedziałam się, że wydanie książki w naszym cudownym kraju nie jest najtrudniejszą rzeczą. Dużo trudniej jest na tym zarobić. I o ile nie uda mi się stworzyć czegoś na miarę "Harrego Pottera", czy też "Zmierzchu", zarobić mogę jedynie na waciki, i to też nie na te najdroższe. Czyli kolejny z moich ambitnych planów na życie legł w gruzach…

Wróćmy jednak do imprezy wczorajszej, bo warto o niej wspomnieć, oj warto…. Może nie jestem obiektywna, i chyba nawet nie wypada mi tak pisać, jako gospodyni tego kinder-taras-party, ale było zajebiście. Na co oczywiście są dowody w postaci około tysiąca zdjęć :)

Dzieci, po początkowej fazie nieufności i delikatnej niechęci, chcąc nie chcąc musiały się przełamać i w końcu, przy kwadratowym stole i kotlecikach osiągnęły porozumienie.
Przy stołach dorosłych porozumienie było od razu. No bo jakżeby inaczej :)
Były plotki, dużo wina i dużo jedzenia, które dzięki temu, ze strażacy nie tylko potrafią gasić, ale i rozpalać, przysmażyło się pięknie na grillu i na słońcu. My też się nieco przysmażyłyśmy… Szczególnie Iza, która teraz musi się z jednej strony szczelnie owijać, a drugą dla wyrównania wystawiać do słońca.
Delegacja z Zagłębia, bo jak się okazało, to żaden Śląsk, fantastyczna i szkoda, że owo Zagłębie daleko, bo miło by było widywać się częściej.

A moja córka wpadła już na wstępie w objęcia Ppolci sąsiadki i dopiero podstępem i groźbą, że spakuję ją im do domu, została oddana na czas spania i jedzenia.. Obie panie były zachwycone swoim towarzystwem, co najlepiej widać na zdjęciach….

I tylko jedna Hanna zachowała spokój i kompletnie olała imprezę, przesypiając ją od początku do końca z przerwą na flaszkę…

Mój syn natomiast, otoczony pięknymi, starszymi od siebie kobietami (po tatusiu tak ma, że woli starsze), był wniebowzięty.. Najpierw czarował Zofię przy obiedzie..
Z. – ślonko zaszło…
F. – deleć, kotlecika?

Następnie uderzył w konkury do Dominisi i Julki, z którą to na zakończenie zaległ na kanapie i oglądał bajki… Ale nie martw, sie motylico. Słowo się rzekło, Franek dla Zofii jest już przeznaczony… I wiesz… tak sobie myślę.. Na zaproszeniach ślubnych powinni sobie to zdjęcie wydrukować…………..

Bo wiecie…. najfajniejsze dzieci to wyrastają w doniczkach….

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

urwana ze smyczy…

25 cze

Po tygodniowej niewoli w domu spowodowanej brakiem samochodu i chorym Frankiem, dziś korzystając ze świeżo podstawionego pod dom Punto, ruszyłam na podbój świata….
Franek został bladym świtem wywieziony do jednostki opiekuńczej, czule zwanej żłobkiem, Hella "pobiegła" do babci, a ja…. To chyba jasne, nie? Wyprzedaże się zaczęły :) Musiałam tylko wynegocjować z mężem sumę, jaką przeznaczył na moje świętowanie wolności i letnich wyprzedaży. Wsiadłam we włosko-polski cud techniki motoryzacyjnej i jakieś 30 sekund później parkowałam już pod manuakturą :)
Efekt, kilka nowych, kolorowych (!!!!) koszulek, tunik, sukienek dla mnie, koszula dla męża i kilka drobiazgów dla młodzieży ze strojami kąpielowymi włącznie (bo jutro taras-party i ma być upał) i uwaga… CILLIT Z WYBIELACZEM!!!
No rewelacja, moje miłe panie… Właśnie "przeleciałam" nim cały dom, no bo wiecie…. jutro przyjdzie parę kobiet, a wiecie jakie one są… Czegoś nie domyję, nie doczyszczę, nie sprzątnę i potem będę "na językach" :) No to się przyłożyłam… W końcu nawet delegacja ze śląska przyjeżdża, a tam przecież wszystkie baby takie gospodarne i w ogóle, modro kapusto…. No to się przebiegłam po piętrach.. Psikałam, ścierałam, psikałam, zamiatałam, psikałam, czyściłam…. Śmierdzę trochę tym wybielaczem jakbym się w ACE przekąpała, ale co mi tam! niech zobaczą, że na wsi ludzie też mogą mieć porządek… :)

Szkoda tylko, że przez te ostatnie dwa dni padało i nie zdążyłam skosić trawnika… A on tylko wtedy dobrze wygląda jak się go na krótko przytnie, bo wiecie… tak w tajemnicy Wam powiem, że jest na nim więcej chwastów niż trawy….. no to będzie taki zarośnięty… Już nic nie poradzę….

Aaa… Hella chyba niedługo zacznie chodzić….. Dość szybko się skubana przemieszcza wzdłuż barierki łóżeczka i wszystkiego przy czym wstanie. Trzymana za rączki maszeruje jak żołnierz pod pałacem Buckingham, tylko mina mniej kamienna…. Dużo mniej :)

W ogóle to miałam już na wstępie, ale tak mnie ten CILLIT wzruszył i otumanił, że zapomniałam… Dzięki, że tu bywacie :) I czytacie :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

idę po płytę…

24 cze

- Kochanie, a ile osób czyta ten twój blog? – zapytał mój mąż ostatnio, tak z nienacka
- A nie wiem… mama i kilka koleżanek – odpowiedziałam bez zastanowienia…

A potem przyszedł czas na zastanowienie…. I zajrzałam do księgi gości…. No dobra, myślę sobie, może jeszcze kilka osób…. :)

Wiecie… Fajnie w sumie, że trochę osób tu zagląda…. W sumie to nawet ciekawa jestem ile tak naprawdę… Dooobra, przyznajcie się w końcu :)

Ale ja nie o tym miałam…

Miało być o dzieciach :) Chociaż chwilowo jedno z nich mam ochotę przycisnąć w łóżeczku płytą chodnikową, i bóg mi świadkiem, jeszcze raz wstanie zamiast spać, pójdę i jakiejś poszukam….

Franek, lat 2,5..

- mamo, niąszek, do sinki wrzucić! – ocho, pomyślałam, znów mój gospodarny syn znalazł jakieś pozostawione nieopatrznie drobne..
- tak, kochanie, wrzucimy so świnki..
kolejne kilka złotych wylądowało w grubaśnej skarbonce pierworodnego…
- na autoki, niąszki do sinki – powiedział, potrząsając ciężkawym zwierzęciem…
Muszę uważać gdzie zostawiam pieniądze, bo jak tak dalej pójdzie Franek uzbiera na całkiem duże auto….

Oo.. chwila przerwy, idę po płytę chodnikową… No bo to było tak… Pojechałam dzisiaj z Frankiem po południu po samochód, że tak powiem zastępczy. Wracam, idę do babci po Hellę, a ona śpi……. No żesz jasna cholera.. śpi? i po co? pytam babcię, dlaczego zrujnowała mi plan wieczorny i pozwoliła larwie zasnąć przed snem… "No bo śpiąca była"… No doprawdy… to chyba dobrze, jak dziecko robi się śpiące przed snem? A może się mylę? Chyba jednak się kurwa, nie myliłam, bo od 2 godzin walczę z małą, wyspaną dziewczynką, która ma chwilowo w dupie mój uregulowany "plan życiowy bachorków", którego najważniejszym elementem jest "19 – DZIECI IDĄ SPAĆ". Ja przecież cały dzień czekam na ten moment…. Już od 15-tej odliczam godziny i minuty do mojej uluionej 19-tej… I dupa… Bo śpiąca była… Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

A co ze mną?

No i pytanie… "czy jestem złą matką, bo lubię jak moje dzieci idą spać?"

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przychodzi baba do lekarza…

21 cze

- dzień doby panie doktorze…
- tak, tak…
- mam wynik usg Helenki, poszerzenie nadal jest, ale chyba się zmniejszyło
[pan doktor w skupieniu ogląda wynik usg]
- widzi pani, poszerzenie nadal się utrzymuje, ale tylko miedniczek, nie kielichów i się zmniejszyło
- no właśnie, to chyba dobry znak, prawda? chyba scyntygrafia nie będzie potrzebna
- wygląda na to, że na razie scyntygrafia nie będzie potrzebna
- [no doprawdy....]

dzwoni telefon….
- słucham, przychodnia
w słuchawce słyszę głos….
-halo, proszę mówić głośniej, bo słabo słychać..
głos staje się jeszcze głośniejszy…
- pani Grażynko, może pani odbierze, bo tu nic nie słychać….

- ładna dziewczynka, tylko taka szczupła..
- mój syn też jest taki drobny, panie doktorze..
- a dobrze je?
[ciekawe o które pyta...?]
- tak, tak, nie ma z tym problemu.. po prostu oboje mają taką budowę..
- a oprócz Helenki ma pani jeszcze jakieś inne dzieci?
[hmmmm....]
- tak, pani doktorze, syna i też chudy….
- i wszystkie dzieci takie drobne?
[...........]

Wizyty w przychodni nefrologicznej albo doprowadzają mnie do furii, albo sprawiają, że mam dobry humor przez resztę dnia. Nie, nie tylko przez te moje pogaduszki z panem doktorem profesorem. Tym razem powód do radości jest jeszcze jeden. Po raz pierwszy miedniczki nerkowe mojej córki nie tylko nie urosły, ale i się zmniejszyły… Nie jest jeszcze idealnie, ale lepiej, a to już coś.

Co poza tym? Franek jakby lepiej. Temperatura już wczoraj rano spadła poniżej 37,2 i się nie podnosi. Biega po podwórku, poprawił mu się apetyt i sypia w końcu we własnym łóżku. To najważniejsze, bo 2 noce z rozpalonym do czerwoności myszorkiem (w porywach do 40,4) mnie wykończyły.

A w sobotę impreza :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

bezendu

18 cze

Bezendu, bezendu… Tak sobie dzisiaj podśpiewywałam od samego rana… Wierzyć mi się nie chce jak koszmarny miałam dzień. I to tak bezendu….
8.10 – dzwoni telefon. "kochanie, miałem wypadek, już bez Franka, ale nie martw się, nic mi nie jest", a samochód? zapytała przytomnie-nieprzytomnie, wyrwana z głębokiego antyhistaminowego snu. "z samochodem gorzej, bo nie pojedzie bez lawety…".

Jadę. Hella porzucona u babci, teściowa nie do spławienia jedzie ze mną.
Uff. Nie jest tak źle, ale rzeczywiście nie pojedzie bez lawety bo karawan(sic!) wykurwił nam prosto w koło. Wina oczywiście mojego męża, nic, że krzaki i trawy po pachy, a karawan (bez trupa, uprzedzając wszystkie pytania), zapierdzielał ponad 100. Spieszyli się, na pogrzeb…. Ale wina męża mojego jedynego, trudno.

Muszę się tylko pogodzić się z myślą, że teraz z pojazdów mechanicznych na terenie naszej posiadłości pozostała jedynie kosiarka i motor bez kosza…. Bo w niedzielę wyjeżdża teściowa (no doprawdy, straszne…) i wraca dopiero we wrześniu :)

Ale… to nie koniec. Jak już ochłonęłam i częściowo pogodziłam się z wizją unieruchomienia, mój telefon wyśpiewał słodko "jolene" dolly parton, a na wyświetlaczu pojawiło się jedno, mrożące krew w żyłach słowo – żłobek. Wiedziałam, że to nieuchronnie zwiastuje kłopociki.
"pani A?"
taaaak?
"Franek ma 38 stopni i temperatura rośnie pomimo podania leków p/gorączkowych"
o żesz kurwa mać – pomyślałam, na szczęście po cichu
"może pani po niego przyjechać?"
oczywście zaraz będę. (tylko, że, cholera jasna nie mam czym, bo mąż miał rano wypadek – to też tylko pomyślałam)

pobiegłam do teściowej po kluczyki i dokumenty od jej wypasionego (hahaha) mercedesa ML (buhahaha). Ojej, ale Wy macie dzisiaj taki zły dzień, jeszcze się coś z moim autem stanie, nieopatrznie powiedziała ONA.
MAMO!!, ja nie mam na to czasu, daj mi te kluczyki bo tramwajem nie pojade po chore dziecko (nawet po zdrowe nie pojadę bo nie umiem). Pomijając fakt, że w życiu jeździłam 3 razy więcej od Ciebie i na pewno lepiej…  (to znowu w myślach)

swoją drogą, spora część dzisiejszego dnia odegrała się w moich myślach. i chyba dobrze.

Dała… No doprawdy. Cud techniki niemieckiej. Sprzęgło wciska się z użyciem całej dostępnej człowiekowi siły. Wrzucanie biegu to coś w stylu "poszukiwania zaginionej arki", a instalacja gazowa sprawia, że człowiek czuje się jakby jechał wozem zaprzężonym w 1 konia niemechanicznego z przetrąconym kręgosłupem. Masakra. Już wiem, dlaczego nie chciała mi dać tego trupa. Pewnie się o mnie bała, że się tym zabiję (taaaaaaa, jasne). I jeszcze zapytała jak wróciłam jak mi się jechało…. hmmmm, inaczej? i wiesz, chyba skrzynia Ci szwankuje….

No i tak dzisiaj bezendu. Siedzimy z Frańciem, Hella u babci, żeby przeżyła i nie złapała tego, co Franz przywlókł. Oglądamy bajki, tulimy się (już mnie gardło boli), mierzymy temperaturę Frańciowi i wszystkim autkom. Rośnie… 39,1… Paracetamol – 38,2. Po godzinie 39,4. Biegnę znów po tę wypasioną furę bez koni mechanicznych. Do lekarza. Antybiotyk. Franek płacze. Mamo, zimno mi… Do domku ciem… Pać… Już idziemy syneczku, jeszcze chwilka, już wsiadamy do auta… A gówno. Drzwi się zablokowały, nie chcą się otworzyć… "MAmo, zimno…" Kurwa jego mać… Bezendu, bezendu…..

Udało się zanim zamarzł. kopnęłam grata w przypływie furii, nic mu bowiem nie zaszkodzi, a pomóc może jedynie… Do domu. Frańcio płacze. "Mamo, gdzie jest tatiś"…. W pracy synku, ale niedługo wróci…. "Mamo zimno mi" Słyszę spod grubego koca ledwo wystającego synka…. Zaraz będzie dobrze kochanie i cieplutko.. Mamusia da Ci syropek, syropki Ci da różne….I będzie dobrze….
39,4…
Kochanie, chodź się przytul do mamusi, będzie Ci cieplej, będziemy mierzyć autokom temperaturę, co? bezendu, bezendu, bezendu… Ooo zobacz, tatiś wrócił…
Jak się czujesz kochanie? – próbuję przekrzyczeć kaszel mojego męża
- tak sobie – wychrypiał

bezendu, bezendu……

Helenka po powrocie z wygnania wróciła w moje czułe objęcia i przy próbie położenia jej spać na wszelki wypadek wpadła w histerię… Franuś zasnął. Helenka wyła pół godziny….

bezendu, bezendu….

Oboje śpią. Aktualny wynik Franka 37,4… Idę się napić i zapalić…

Bezendu….

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

radykalnie

17 cze

Radykalne poglądy zawsze wywołują kontrowersje. Ale gdybyśmy wszyscy mieli jednakowe, życie byłoby beznadziejnie nudne. Ale tak naprawdę, co jest takiego złego w tym, że ktoś (oczywiście, to o notce sister, jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił), twierdzi, że lepiej być szczupłym niż grubym?
To przecież prawda… Szczupli ludzie mają łatwiej i przyjemniej. A jak ktoś wykracza poza średnią, to zazwyczaj ma na tym tle kompleksy. Trudniej mu kupić coś w czym dobrze wygląda, wysiadają mu kolana, ma zadyszkę, a w takie upały jak były może się poczuć jak boczek na grillu. Wiem, bo ostatnio przytyłam i pomimo, że to nadal 38, to ja jednak lepiej się czuję jak rozmiar ubrania jest mniejszy niż rozmiar buta…

O to, że przytyłam nie mam do nikogo pretensji, może do mojego męża, że wczoraj zrobił pizze na kolację, ale na boga, nikt mnie nie zmuszał, żeby ją jeść. Poza tym hektolitry wina, które w swoim życiu wypiłam również nie sprzyjają powrotowi do 36. Ale na Boga, jak będzie mi bardzo źle, to przestanę żreć, z wina nie zrezygnuję, wolę się głodzić. I nie będę się na nikogo wściekać, że jest ode mnie szczuplejszy i jest z siebie zadowolony.
Czy ktoś wie, jak ciężko sister pracowała na to, jak teraz wygląda? Ilu rzeczy musiała sobie odmówić i ile czasu spędzić na siłowni, żeby teraz wyglądać tak, że z powodzeniem mogłaby reklamować  bieliznę Victoria’s Secret? No nie, poniosło mnie…. do tego trzeba jeszcze mieć cycki…

Ma prawo napisać, że fajnie jest być szczupłym i nikt nie ma prawa przy tym pisać, że z takim podejściem nie powinna być matką, bo co zrobi jak jej się grube dziecko urodzi.

Dzieci bowiem, moi mili, nie rodzą się grube. To, że podstawówki, a nawet przedszkola wyglądają tak, jakby zaraz miało tam wkroczyć Greenpeace i powciągać te wieloryby z powrotem do wody, to tylko wina bezmyślnych rodziców, którzy z lenistwa pasą swoje dzieci słodyczami, czipsami i innymi śmieciami. Jeszcze trochę, a meble w podstawówkach będą musiały być specjalnie wzmacniane i poszerzane. Tyle, że jak tak dalej pójdzie, coraz mniej z tych dzieci dożyje późnej starości. A jeżeli nawet to będą na stałe przyrośnięte do kanapy i/lub do lodówki.

Dlatego też powinno się raczej brać przykład z kogoś, kto ciężką pracą doszedł do tego wymarzonego 36, niż trwać w rozmiarze 46 i być obrażonym na wszystkich szczuplejszych od siebie. Może warto jednak coś z tym zrobić? Jeżeli nawet nie dla polepszenia innym walorów estetycznych otaczającego nas świata, to chociaż dla zdrowotności.

I jeszcze jedno. Nie wierzę w zapewnienia typu "uwielbiam swoje puszyste ciało", ja mojej puszystej oponki nienawidzę i wstydzę się jej starając się ją ukryć przed światem. Ale koniec z ukrywaniem…. Dukanie, nadchodzę.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przy kawie

14 cze

W piątek byłam z mamą w manufakturze i tak przy mrożonej latte (tak, to był ten dzień, kiedy było 300 stopni), nagle padło pytanie.. "córeczko, czy ty jesteś szczęśliwa?". Zatkało mnie tylko na kilka sekund, to i tak dużo jak się domyślacie. I co? I… Jestem. Naprawdę jestem. Bywało różnie w moim życiu, ale teraz.. Naprawdę jestem szczęśliwa… Bo przecież:

  • mam śliczne, zdrowe dzieci
  • kochającą rodzinę
  • w miarę normalnego męża
  • przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć i bliższych i dalszych znajomych, z którymi zawsze chętnie się spotykam (i piję)
  • jestem zdrowa, a przynajmniej nie jestem chora
  • dom z ogródkiem (nad płotkiem niestety trzeba jeszcze popracować)
  • mieszkania dla obojga moich dzieci, żeby zapewnić im jako taki start w dorosłe życie
  • czyste sumienie, bo staram się być dobrym człowiekiem (wiecie, karma – pracuje nad tym, bo dobro wraca do człowieka)
  • jako taką sytuację materialną (co oczywiście nie zmienia faktu, że 6 w totka byłaby jak najbardziej na miejscu)
  • mam poczucie humoru, które ratuje mnie przed ludzką głupotą
  • i cierpliwość – jak wyżej
  • pracy nie mam, ale najwyraźniej do szczęścia mi jej nie brakuje (przynajmniej nie aż tak jak tej 6 w totka)

No i co? Czy ja mogłabym być nieszczęśliwa? Pewnie.. nie stać nas chwilowo (mam nadzieję, że chwilowo) na egzotyczne wakacje, wypasione samochody i ogromny telewizor plazmowy, ale i tak jest mi dobrze. Chyba po prostu moja wizja szczęścia dopasowuje się do mojej aktualnej sytuacji :) Co nie znaczy, że nie jest pełna. Jest mi dobrze w moim życiu. Jasne, że mogłoby być lepiej. Ale lepiej, żeby nie było gorzej…

Jeszcze tylko mogłabym trochę schudnąć :)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dzien matki bez dziecka :)

13 cze

Był wczoraj i było bosko. Winnie i smacznie i bardzo bardzo plotkowo :) Za 2 tygodnie spotkamy się u mnie :)

A wcześniej byłam na urodzinach, no nie byle jakich, bo 80-tych. Moja babcia jakoś się tak niespodziewanie zestarzała, ale w sumie dobrze, bo w tym roku nie planujemy żadnego wesela, to byśmy się całą rodziną nie spotkali. W najbliższym czasie pojawi się jednak 3 dzieci :) Fajnie mieć dużą rodzinę…

A poza tym, to mam jakąś zniżkę. Chyba brakuje mi pracy…. To nie to, że nagle stwierdziłam, że lubię pracować. Co to, to nie.. Po prostu siedzenie w domu z dziećmi jest dużo bardziej męczące niż jakakolwiek praca. No może górnik ma gorzej, albo poławiacz krabów, ale to tylko MOŻE. Bo pewności nie mam…
Najgorsze są niedzielne popołudnia… Franek, silnie uzależniony od żłobka jest już wtedy drugi dzień w domu i zwyczajnie mu się nudzi.. To smutne, bo wychodzi a to, że ja jestem nudna… Że te wszystkie zjeżdżalnie, huśtawki, piaskownice i tysiące innych zabawek też są nudne. Obiady są mniej smaczne niż w żłobku (najwyaźniej, bo jedzenie nie jest jego pasją ostatnio). No i w ogóle mam doła przez to.

Hella też odkąd odkryła, że w łóżeczku można stać, a po podłodze raczkować, znienawidziła inne formy spędzania czasu, czyli leżenie i siedzenie w miejscu. A szkoda, bo ja to akurat u niej lubiłam, a u siebie wręcz uwielbiam…. Tylko ostatnio jakoś nie mam okazji. Szczególnie rano jakoś niespecjalnie mi to wychodzi. To znaczy mnie to wychodzi, tylko jakoś moje dzieci nie są specjalnie szczęśliwe jak o 5 rano ja chcę spać, a one śpiewać/pić mleko/bawić się/robić siusiu/oglądać bajki/wyrywać mi włosy….. Nie ma bata, zakładam im czarne rolety w oknach, bo im się wydaje chyba, że skoro jest jasno i ciepło i świeci słońce to czas wstać. No nie do końca…. Tylko wieczorem jakoś nie mogą dotrwać do tej 19.30 i padają jak muszki przed 19….. No i co ja się dziwię, że wstają wcześniej?

I jakaś niewyspana jestem, przymulona antyhistaminami i winem, bo ostatnio często udzielamy się towarzysko… A wieczorem, zamiast położyć się wcześniej spać biorę książkę i czytam dopóki nie spadnie mi na twarz….. Dlatego też od dnia, (a właściwie nocy), kiedy to biografia Audrey Hepburn mnie ogłuszyła i nabiła mi guza, wybieram tylko ksiązki w miękkiej oprawie. Teraz, kolejy raz wróciłam do Segala, na tapecie "Doktorzy".

A wczoraj piłyśmy za bliźnięta. Przyłożyłyśmy się do tego, nie ma co. Także drżyjcie narody :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

no w końcu…….

08 cze

Dziś o strażakach nie będzie.

Będzie o wiadomościach, ale nie tych złych powodziowych. Będzie o wiadomościach, które przychodzą do człowieka o 6.38 rano i sprawiają, że wszystko robi się jakoś mniej śpiące. Przynajmniej ja :) To takie wiadomości, na które się czeka i czeka i w końcu, kiedy się pojawiają człowiek uśmiecha się jak pieprznięty i zostaje mu już tak na cały dzień………

Dawno się tak nie cieszyłam :) I cieszę się nadal. I trzymam kciuki, żeby ta wiadomość okazała się podwójnie fantastyczna :)

A co! Niech mają za swoje :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

alarmowy 112

07 cze

Tak mi się tych strażaków zachciało, że aż sobie po nich zadzwoniłam wczoraj…
- Policja Pabianice, słucham…
- Ooooo, policja…. – powiedziałam z nieskrywanym rozczarowaniem – a ja chciałam straż pożarną…
- A co się stało? – zapytał nie-strażak
- Pali się, proszę pana – odpowiedziałam rezolutnie
- A co się pali i gdzie?
- Pali się na ogródkach działkowych i wie pan co… tak patrzę na to wszystko i coraz bardziej się pali, to może skończymy rozmawiać i pan wyśle do nas straż pożarną? – i tu padł adres pod który zamawiałam dostawę młodych dzielnych strażaków.
- Dziękuję, już przekazuję do Konstantynowa, dobranoc.
Taaaa, dobranoc, jakbym teraz miała iść do łóżka i pójść spać jak za oknem (nooo jakieś 150-200 metrów ode mnie strzelają płomienie….) Chwilę później usłyszałam syrenę z OSP, a po chwili zaczęły pojawiać się kolejne wozy… Jeden, drugi, trzeci…. policja… (a jednak, też się pojawili). A ja na taras, drink, papieros i patrzę, ale nic nie widzę… Jednak za daleko… I w ogóle jakoś szybko ugasili… Ale to chyba dobrze, nie? :)

Gorzej, że to nie był pierwszy pożar w okolicy tego wieczoru. I jeszcze gorsze jest to, że wszystko wskazuje na to, że ktoś ten dom podpalił.

I przysięgam, to nie byłąm ja!!

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS