RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2010

zakrztusiłam się wasabi….

31 lip

Przeżycie niezapomniane… Chyba nadal mam wasabi w płucach. To i tak nic w porównaniu z zaciągnięciem się zapiaszczonym inhalatorem… błoto w płucach też nie jest fajne. Ale.. nieważne, przeżyłam.

Teraz raczę się wódką z sokiem żurawinowym i staram się już ją upychać co najwyżej do żołądka pomijając inne narządy wewnętrzne mniej przystosowane do jedzenia i picia.

Krótki przerywnik – o dzieciach, es jużual, Franek jest na etapie "mogę?", czyli, środek nocy słyszę tup tup tup, biegnie w stronę naszej sypialni… "mamo, mogę tutaj pać? mogę? mogę?" za pierwszym razem nieco mnie rozbawił, za drugim mniej, tym bardziej, że pytanie "mogę?" okazuje się być pytaniem retorycznym… Ale i tak go przenoszę. Prędzej czy później. Czasem dużo później, bo padnięta coraz bardziej bladym trupem, nie słyszę tego tuptupmogę i po prostu zastaję go w naszym łóżku o różnych dziwnych porach. O Helli słów kilka, a właściwie trzy – stoi bez trzymanki…. Nie za długo jeszcze, ale czas stania wydłuża się z dnia na dzień, osiągając dziś przełomowe 5 sekund. Moja mama twierdzi, że wygląda na to (ciekawe, że użyła słowa wygląda, skoro od tygodnia jest 350 km stąd), że larwunia zaraz zacznie biegać. Taaaa… czy mnie to cieszy? No jakoś nie bardzo. Owszem, to fantastyczne się pochwalić przed znajomymi jakie to zajebiście uzdolnione mam dziecko/dzieci, ale skutki owego rozwoju odczuwamy coraz boleśniej. Ja ponieważ laptop jest już coraz mniej bezpieczny, ona, ponieważ te sztuczki ze wstawaniem i staniem doprowadziły do tego, że przez jakiś czas wstrzymam się od robienia jej zdjęć, bo ma podbite oko.

Co jeszcze. No właśnie, jak wspomniałam moja mama jest na wakacjach. Ciężko to znoszę, bo jak niektórzy wiedzą pomimo 32 lat (przypominam jednocześnie wszystkim, żeby nie zapomnieli w stosownej chwili złożyć mi życzeń, że za 4 dni mam 33 urodziny), pępowinę mam nie odciętą, a jedynie rozciągniętą. A pępowina rozciągnięta na 350 km jest niefajna. Tak… stęskniłam się za moją mamą…. Co ciekawe, teściowej nie ma już ze 2 miesiące, a mój mąż jakoś nie odczuwa tego zbyt boleśnie… Właściwie to odczuwa to całkiem przyjemnie… No doprawdy….

Wieści z ogrodu – trawa po ostatnich deszczach odżyła, odzyskała częściowo zielony kolor, a moja plantacja boczniaków oszalała… Jak tak dalej pójdzie będę je jadła na wszystkie posiłki. No może oprócz śniadania, bo nie pasują mi ani do kawy, ani do papierosa…

W ogóle to mi się kroi temat o rozwodach. Tak się zbieram od jakiegoś czasu, żeby się w tym temacie wypowiedzieć. nie, nie… u nas ok, (jednocześnie przypominam, że równowcześnie z urodzinami obchodzę rocznicę ślubu, to tak dla tych, którzy chcieliby mi złożyć życzenia), ale ogólnie ten temat wart jest rozwinięcia. No to zbieram siły i myśli.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

money, money, money….

28 lip

Podobno pieniądze szczęścia nie dają, ale chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że to powiedzenie to kompletna bzdura. Pieniądze bowiem szczęście dają. Przynajmniej mnie. I jeszcze kilku osobom, które znam i które się do tego przyznają :)
Dużo większym nieszczęściem jest dla mnie brak pieniędzy niż ich nadmiar, na który ostatnio jak wiadomo nie narzekam.
I tak wczoraj sobie siedziałam z moim bratem i bratową i sobie marzyliśmy, co byśmy zrobili, gdybyśmy wygrali w lotto jakąś większą kasę…. Mój brat stwierdził, że jakby wygrał 5 milionów, to by mi odpalił pół bańki. Doprawdy nie wiem jak on to wyliczył i co zamierzałby zrobić z resztą kasy, ale po głębszym zastanowieniu wyszło mi na to, że 500 tys. to wcale nie tak dużo i tak naprawdę przydałoby mi się dwa razy tyle….
Stwierdziłam, że założyłabym bachorkom fundusze powiernicze po 100 tys na łebka i dostali by to na 21 urodziny. Wtedy mój brat się oburzył, że to niezbyt dobry pomysł, bo jak ktoś ma 21 lat i dostanie furę siana, to zwyczajnie mu odbije… Hmmmm… może i racja, ale biorąc pod uwagę fakt, że przez całe życie, bachorkom niczego by nie brakowało (w końcu zostałoby mi te 800 tys), to może szok nie byłby taki duży i może aż tak by im nie odpieprzyło?
No i mogłabym wtedy im kupić na 18-tki po jakimś fajnym samochodzie… Na przykład mini cooperze? Bo ja zawsze chciałam taki mieć, ale nienawidzę małych samochodów i w mojej obecnej sytuacji są kompletnie niepraktyczne, dlatego też chętnie kupiłabym takie moim dzieciom i czasem od nich pożyczyła….
No i w ogóle, resztą spłaciłoby się kredyt, zainwestowało w coś mądrego i kupiło duży samochód dla mnie :) Parę groszy włożyłabym w dom i zostało by jeszcze pewnie z pół bańki na później… I jestem przekonana, że nie byłabym nieszczęśliwa mając takie pół bańki na koncie…
Miło czasem pomarzyć, prawda?
A wy co byście zrobili z taką wygraną bańką i ile moglibyście mi odpalić? :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

mamma….

26 lip

6:28
mammma… mammmma…
O matko, myślę sobie nie otwierając oczu… Zaczyna się kolejny dzień.. Odwracam się w stronę mojego męża – śpi. Nawet nie drgnęła mu powieka. Młody śpi. A właśnie, ciekawe o której przydreptał i tak się słodko zwinął między nami.. I tu chwila otrzeźwienia! Jeżeli młody śpi, to kto mnie woła?????
Wstaję nadal nieco nieprzytomna i idę nieśmiało do Helenki, bo a nóż mi się to śniło i jeszcze ją obudzę jak wejdę. Skradam się… I co widzę?
Moja mała córeczka stoi sobie w łóżeczku, śmieje się jak głupol i powtarza "mammma, mammma" :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

intensywnie

26 lip

Ale na szczęście nie na intensywnej zakończył się w tym roku imieninowy weekend u mojego taty. Dla przypomnienia, w zeszłym roku na imieninach u dziadka Franek spałaszował owoc cisu i płukaliśmy się na Spornej. Teraz brzmi to dosyć lekko, nadal pamiętam jednak (i chyba w życiu nie zapomnę), co wtedy przeżywałam….

Także na zaposzenie macochy na imieninowego grilla odpowiedziałam….
"nie wiem czy powinniśmy, bo nasz ulubiony doktor T. ze Spornej jest na urlopie".

Obiecali jednak poobrywać podstępne owoce, co by nie było strachu, bo gałęzi szczęśliwie Franek nie spożywa. I tak po przyjeździe znalazłam jeszcze 4 sztuki, ale to ja, a nie Franko, także imieniny mojego ojca przeżyliśmy wszyscy w dobrym zdrowiu. Helenki na wszelki wypadek nie wypuszczaliśmy z wózka, wiązałoby się to bowiem z wcześniejszym wyczesaniem trawnika. Duży może nie jest, ale zawsze.

A wcześniej spakowaliśmy bachorki i pojechaliśmy do motyliców na obiad. W lodówce pustki, trzeba się było jakoś ratować :)
Franio z Zosią ślicznie się bawili i jak tak dalej pójdzie za jakieś 20 parę lat będziemy z motylicami rodziną….. Ale to nie rozwiązuje wszystkich naszych problemów, bo jakby nie było pozostanie nam jeszcze po jednej córce do wydania :) Niestety dokumentacji zdjęciowej nie będzie, bo przyszła teściowa mojego syna strasznie się rozleniwiła, a moja komórka nie nadążała za tańczącymi dziećmi. Tak, tak, pierwszy taniec mają już za sobą.

A wracając do naszego ulubionego doktora, to zakładam, że syn jego jest już od jakiegoś czasu na świecie, zatem gratuluję, wszystkiego najlepszego imieninowo życzę i mam nadzieję, że nowonarodzony cieszy się dobrym zdrowiem i daje rodzicom w kość :) A co? Nie może być tak słodkopierdząco :)

W sobotę mój pierworodny skończył 2,5 roku, a dzisiaj imieniny Ań, zatem mamie mojej i bratowej – Najlepszego :) Wszystkim innym również, może tylko nieco mniej czule :) Bo wiecie, matka to matka…

Podsumowując weekend muszę przyznać, że był wyjątkowy.. Pomijając to, że mój mąż spędził z nami całą sobotę i niedzielę, pierwszy raz od 7 tygodni, (dzisiaj z ulgą pojechał do pracy), to miałam nawet chwilę, żeby zastanowić się nad własny życiem i podjęłam decyzję, że chcę być swoim własnym szefem. Taaaak, pozazdrościłam Ju, że jej szef wie, jaką pije kawę. Martwi mnie jednak to, że jeżeli cały pomysł wypali, to nadal nie wyrwę się z domu i nie będę miała pretekstu do malowania się i zakładania szpilek. No bo przecież kto zakłada szpilki jak przechodzi z jednego pokoju do drugiego?
Nie mniej jednak czas na zmiany w moim życiu… Za 9 dni moje urodziny i rocznica ślubu. Imprezę sponsorują trzy trójki :) 33 urodziny i 3 rocznica ślubu…. Ciekawe swoją drogą jaka to…. O matko… skórzana…. też coś…. Za 10 lat będzie koronkowa…. już lepiej :) Obawiam się jednak, że do brylantowej, którą to byśmy obchodzili za 72 lata nie dotrwam….

Dla przypomnienia i ku przestrodze… Cis pospolity wygląda tak i właśnie owocuje….

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sezon ogórkowy

23 lip

W pełni. Nie dzieje się nic. Przez ten skwar wszystko dzieje się jakoś powoli… Tylko dzieci ruszają się tak samo szybko jak zwykle. Ja natomiast ruszam się wolniej. Duuuuużo wolniej. Przynajmniej do 18.30. Wtedy bowiem dostaję takiego kopa, że aż smugi zostają tak szybko się ruszam… To jest przecież czas kąpieli i usypiania bachorków. Usypiać, to usypiają w miarę samodzielnie, jednak trzeba je odmoczyć, wytrzeć i mlekiem napoić, co by sie z głodu nie budziły. Także ruszam się jak nie przymierzając Elastyna z Iniemamocnych (sorry, ale ostatnio mam jedynie porównania z kreskówkami), żeby jak najszybciej zalec spokojnie na kanapie/wybyć na taras i świętować "wolność" winem i papierosem.
Normalnie to ja sobie siadałam i "raczyłam się" czymś z ramówki naszej telewizji. A teraz? Teraz ze zdwojoną siłą raczyć się muszę winem i wspomnianym papierosem, bo w telewizji……..
godzina 21.00…

TVP1 – "tata duch" z Billem Cosby – film familijny (!!!) z 1990 roku… Hmmm… widziałam jako dziecko na pewno nie raz…
TVP2 – kabarety – dziękuję bardzo, organicznie takowych nie trawię (chyba, że to Poniedzielski z Andrusem, za inne podziękuję), po kabaretach "american pie" – w tym przypadku jednak, zdecydowanie wolę kabarety…
POLSAT – kolejny film familijny "karate kid" – film z 1986 roku, zupełnie jak mój niemłody już brat (może powinnam obudzić dzieci, skoro teraz takie filmy "dają"?)
TVN – "władca pierdzieli" któraś z części, sorry nie rozpoznaję, bo nie lubię na równi z kabaretami….
TVN7 – coś "nowego" i chyba nie dla dzieci – western z 1996 roku…. no doprawdy…
TVN METEO – wiadomo
TVN STYLE – magiel towarzyski będzie.. fajnie, tylko szkoda, że z marca albo innego kwietnia
TVN TURBO – straszliwe wypadki – czyli to samo co na TVN24
TV POLONIA – kolejna nowość – "kariera Nikodema Dyzmy" 1980
AXN – któraś z części Spider Mana – ale to przynajmniej z naszego wieku…..
BBC ENTERTAINMENT – Notting Hill – lubię, widziałam jakieś 5 razy od 1999 roku, w którym powstał
DISCOVERY – w przerwach reklam "sekundy grozy", czyli znów to co na tvn24
DISCOVERY WORLD – "broń przyszłości" – czyli z czego sobie strzelić w łeb w następne wakacje
AXN CRIME – "na wariackich papierach" – znów serial w wieku mojego brata… no ale bruce willis…..
FOX LIFE – tańczą……

no i o. Mogłabym tak jeszcze długo, bo kilka kanałów jeszcze mam, ale wszystkie to właściwie taki sam kanał. Piątkowy wieczór, psia mać. Mąż w pracy, dzieci śpią, wino się skończyło… Zaczynam tęsknić za "Na dobre i na złe" i "M jak miłość"… Chyba mi się móżg przegrzał….

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dobra matka nie jest zła

20 lip

Kto czytał, ten wie skąd pomysł na notkę. Jeśli ktoś nie czytał, to zaraz się dowie. Bo rzecz będzie o odpowiedzialności. Lub jej braku jak kto woli. Zaczęło się od burzy na moim ulubionym forum. Moderatorki na wakacjach to mogłyśmy się przez chwilkę poobrzucać błotem i co poniektórym nam ręka zadrżała nad klawiaturą…
Ale do rzeczy, bo niepotrzebnie przedłużam. Miało być o odpowiedzialności i dzieciach. Posiadanie dziecka jak już wiadomo wiąże się z określonymi zachowaniami i niestety wydatkami. Bo jak już mamy takie dziecko, to znakomita większość z nas (na szczęście), do tych dzieci się przywiązuje i chce im dać szansę osiągnięcia wieku starczego w zdrowiu i z jak najmniej zwichrowaną psychiką. Inwestujemy zatem w foteliki samochodowe, wózki, które nie obciążają delikatnego kręgosłupa (krzywe dziecko bowiem, jak wiadomo trudniej potem wydać za mąż względnie ożenić). Zakładamy barierki na schodach, zamykamy kreta i domestosa w szafce z dala od ciasteczek i soczków, szczepimy na co się da, karmimy piersią, jak się da, a jak się nie da, to wydajemy fortunę na mleko w proszku. Nie zostawiamy dzieci samych z gorącym piekarnikiem, żelazkiem, nie dajemy mu do zabawy niczego, czym mogłoby się ogłuszyć, lub pozbawić życia rodzeństwo jeśli takowe posiada. Sprawdzamy atesty na zabawkach, staramy się dostosować wszystko do wieku dziecka, żeby miało szansę jakoś zdrowo i bezpiecznie się rozwijać. Wyjeżdżamy z bachorkami na wakacje, żeby odpoczęły od smrodu miasta i pobawiły się w innym miejscu niż zasikana piaskownica, chyba, że jak co poniektórzy (czyli ja), mamy takową przed domem i szczelnie ją przed tymi sikaczami czworonożnymi zakrywamy.
No generalnie chodzi o to, że staramy się własne dziecko uratować przed jego własnymi genialnymi pomysłami i tym samym ocalić mu życie.
Tylko kto ocali dziecko przed rodzicami, którzy takiej wyobraźni nie posiadają?
Co zrobić z matką/ojcem/babką/dziadkiem, którzy "ufają" własnemu malutkiemu jeszcze dziecku i wierzą, że posadzone na rowerze wodnym bez kapoka będzie sobie grzecznie siedzieć i podziwiać krajobrazy? Może i będzie. Jeśli tak, to super. A jeśli nie?
A jeśli nie, to wystarczy kilka sekund, a dziecko bezszelestnie zniknie pod wodą wyrywając serce z piersi swoim bezmyślnym rodzicom.
Czy to jest zatem nieodpowiedzialność, czy głupota?
Czy "przecież nic się nie stało" wystarczy? A co będzie następnym razem? Czy skoro już raz było na jeziorze bez kapoka I NIC SIĘ NIE STAŁO, następnym razem też mu go nie założymy? Do ilu razy sztuka?

Nigdy nie zrozumiem bezmyślnego narażania życia dziecka. To jak układanie go na tylnym siedzeniu obok fotelika, bo dziecku niewygodnie i niech sobie pośpi wygodnie….. No doprawdy…. Może i się nic tym razem nie stanie. Ale co jak się stanie? Jak kierowca samochodu jadącego z przeciwka zaśnie, jak oślepi go słońce, jak cokolwiek, co spowoduje, że wypieprzy w nasz samochód i nagle dziecko dla którego TAK DOBRZE się chciało, (z tą wygodą i wyspaniem) znajdzie się bezwładne kilkadziesiąt metrów od swojego niewygodnego fotelika najeżone szkłem z przedniej szyby?

Co wtedy? Czy wtedy rodzic, który jakoś znióśł niewygodę pasów i z wypadku wyszedł żywy, przyzna rację tym, którzy oskarżali go o brak odpowiedzialności? Czy trzeba aż takich dramatów, żeby co poniektórzy wbili sobie do głów, że NIE MOŻNA RYZYKOWAĆ ŻYCIEM DZIECKA?

Tylko kto obroni dziecko przed głupotą rodziców?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

7:54

17 lip

Gwizdek. Odjeżdżam do Wawy. PKP Intercity sprawia, że przez pierwsze pół godziny mam oczy szeroko otwarte, szczękę na kolanach i nie dowierzam temu co widzę. Pociągiem jechałam ostatni raz jakieś 10 lat temu (tramwajem z resztą też), stąd moje zdziwienie. Bo to wszystko jakoś inaczej wyglądało w mojej wyobraźni… A tu nic. Ani nie śmierdzi, ani nawet brudno nie jest. Chłodno – w tle szumi klima (fakt, zmarzłam, ale już od kilku tygodni nie zmarzłam, to nawet mi to nie przeszkadzało), cicho, a na dodatek pociąg się ze mną przywitał…. No może nie konkretnie ze mną, ale z nami wszystkimi podróżnymi…. Odczekawszy jakieś 40 minut, bo pora wczesna była, zadzwoniłam do najbliższych mi osób i z entuzjazmem dzieliłam się moimi wrażeniami z podróży. I wiecie co? Do samego końca, czyt. Warszawa Centralna, wszystko było super!! Pod koniec byłam szczerze zmartwiona faktem, że wracać będę samochodem….

Wysiadłam z pociągu i już wiedziałam, że już więcej tego dnia nie zmarznę. Warszawa była bowiem wczoraj najcieplejszą stolicą w Europie. Dzisiaj natomiast najcieplej jest ponoć  Łodzi… No doprawdy, czy ten upał mnie goni? W każdym razie, przejechałam się z Mają M. po Wawie, pozwiedzałam (od środka) apartamentowiec na Mokotowie, gdzie na drzwiach był numer prawie 200 (!!). I wiecie, cieszę się jak jasna cholera, że nie mam takich bajerów jak ochroniarz przy bramie, podziemny garaż itp. wypasy, a mam za to kawałek ziemi (fakt, wyschniętej na wiór) i taras – niekoniecznie na dachu…

I po raz kolejny, i kolejny, i kolejny (korek z centrum do Janek sprawia, że człowiek ma dużo czasu na analizy), stwierdziłam, że zajebiście jest NIE-mieszkać w Warszawie… Wieśniak się ze mnie robi nie ma co…. 2 godziny póżniej (licząc już od tych nieszczęsnych JAnek) zaparkowałam na mojej wyschniętej żabiczkowej ziemi, wpadłam do domu, zmęczona i zupełnie nie tak wypoczęta jak po PKP, już nie mówiąc o tym, że ani trochę nie byłam zmarznięta, oceniłam stopień destrukcji domu (mąż został z bachorkami na gospodarstwie), zrobiłam szybki obiad i do północy podejmowałam ojca, brata i macochę.

Zastanawiam się czasem co napędza matki? Jak to się cholera dzieje, że po 4 godzinach snu, 5 w podróży, kolejnych kilku spędzonych na opiece nad dziećmi, sprzątaniu i gotowaniu w ponad 30 stopniowym upale, mam jeszcze siłę, żeby zbudować jakieś zdanie i porozmawiać mimo wrażenia, że mój mózg stał się rozpuszczoną galaretą i bulgocze….
Normalny człowiek, to już dawno by padł trupem bladym, ale nie, qrw. mać, matka musi wytrzymać… Musi, ale czy wytrzyma?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

gdzie są moje włosy??

14 lip

Zapytał mój pierworodny w drodze od cioci Beatki Fryzjerki.
- kochanie, ciocia Beatka obcięła ci włoski i spadły na podłogę, pamiętasz?
- mniętaś
- a potem pewnie zrobiła z nich dywanik…
- dywanik??????

No trochę ściemniam, przyznaję.. Sprawdzam czasem czy mnie słucha :) No i czy ma poczucie humoru.
Ma :)

Tylko włosów już nie ma. I jest super :) A swoją drogą gdyby ciocia Beatka sobie robiła dywaniki, z tego co spada z Frankowej głowy, to już by niezły arras miała….

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

karma

13 lip

W mojej absurdalnej i pokręconej religijności jest miejsce na Boga, jakiegoś, nie konkretnego, ale Boga w ogóle. Jest miejsce na coś po tym życiu, na miejsce, gdzie spotkam tych, którzy odeszli i poczekam na tych co jeszcze żyją. Jest też miejsce na karmę. Dużo miejsca. Bo wiecie. ja wierzę, że co dobrego w życiu zrobimy, to do nas wróci. I robię co mogę. I wraca.
Znajoma ma problem… Podzwoniłam w parę miejsc, pomogłam. Kolejny problem, kolejna uruchomiona znajomość, pomogłam. Nieznacznie, ale trochę. Czasem wystarczy do kogoś zadzwonić, pogadać i pomaga. Dużo to potrzeba? Dziwię się, że nie wszyscy tak mają. Przecież to nic nie kosztuje. A nawet jeśli kosztuje a mogę komuś pomóc?
I jak już mówiłam to wraca. Bo nie wierzę, (nie to co Yza), że jestem aż tak zajebista, że wszyscy dookoła są tak mili i dobrzy, że aż się garną, żeby mi pomóc. I pomijam oczywiste oczywistości, czyli moją rodzinę i najbliższych przyjaciół. Są dalsi znajomi, którzy czasem zaskakują mnie w różnych sytuacjach…

Czasem to drobiazgi, chociaż nie nazwałabym drobiazgiem podróżowania w 40 stopniowym upale po powiatowych drogach, (dzięki Yzulku), czasem to coś większego, Judytko, dziękuję za propozycję pomocy motoryzacyjnej. I wsparcie od Was wszystkich, gdy mam gorszy dzień. Fajnie wiedzieć, że nie jestem jedyną matką, która czasem nie lubi swoich dzieci..

Dzisiaj znów potrzebowałam pomocy, i znów wszystko przez ten pieprzony karawan, który wjechał w mojego męża i zajebiste towarzystwo ubezpieczeniowe, z którym walczymy o odszkodowanie.. I wiecie co, usłyszałam tylko "jasne kochana, nie ma sprawy, przyjeżdżaj do Wawy, przez 2 tyg auto nie będzie mi potrzebne"….

Teraz znów będę musiała "narobić" masę dobrych uczynków, żeby wyrównać poziom w moim naczyniu z karmą. :)

Czy ktoś potrzebuje pomocy? Jakiejkolwiek??

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ciepło, prawda?

12 lip

I znów mi notkę wcięło… To chyba z gorąca… 46 stopni na tarasie, 32 w cieniu. I wysychamy. Na wiór. Ja i moja trawa.. Nawet pod obrączką mi gorąco, ale nie zdejmę niech chociaż jedno z nas nosi… Mnie przynajmniej nigdy nie próbowała zabić to się nie zraziłam, ale kto wie, czy się teraz pod nią nie uduszę z gorąca…

A dzieci jakoś mniej wyschnięte. A nawet całkiem wilgotne, Hella, bo mimo absurdalnych temperatur nadal uwielbia się przytulać, (ja jakoś mniej), Franek, bo jego kocysiowa obsesja nie mija mimo ukropu. Zakłada sobie koc na głowę i biega po domu krzycząc "mamo pochwól idzie". Noooo potwornie to jest raczej gorąco pod tym kocysiem. Wiem, bo czasem i mnie przykryje…
On w ogóle to ma jakąś korbę z tymi kocykami… I to chyba od urodzenia. Myślałam, że mu minie, ale raczej się pogłębia. Kocyk musi być. Do zasypiania jest niezbędny. Niestety potrzebna jest też kołderka… "mamo, muszę krykryć nóchki" . Ja nie wiem jak on to znosi. To znaczy wiem, bo właśnie go przebrałam w suchą koszulkę.

I wiecie jedno mnie nurtuje, tak abstrahując od tych cholernych kocyków i kołderek…. Dlaczego do ciężkiej cholery wszystko wysycha tylko te pieprzone komary i muchy nadal mają się świetnie?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS