RSS
 

Archiwum - Luty, 2011

gorączka południowa

25 lut

Ostatnio bardziej nie piszę niż piszę, a jak pisze to piszę
dlaczego nie piszę. A nie piszę na przykład teraz bo dzieci mam chore. Stały
numer, w końcu luty, zima itd. To aż nie wypada, żeby były zdrowe. Helena
pojechała z grubej rury i zapadła na zapalenie oskrzeli. Szczerze?  We wtorek wieczorem już w myślach pakowałam
torbę do szpitala.. Szczęśliwie kolejne noce były już lepsze i Hella moja
piekielna zamiast się dusić spała.  Ma do
nas cierpliwość ta mała dziewczynka. W ogóle te nasze dzieci twarde skóry mają,
bo Frania w dziecięctwie wczesnym utopić chcieliśmy myjąc mu plecki (pierwsza
kąpiel w domu,  no zdarza się ;)), a
Hellę podwójną dawką leków chcieliśmy ostatnio popsuć. Szczęśliwie nam się te
sztuki nie udają i dzieci wciąż żywe i żwawe mimo chorób.

No właśnie, chorób, bo Franio też jakiś niezdrowy. Tylko
tutaj trudniej o diagnozę. W poniedziałek koło południa telefon z przedszkola
(jak widzę na wyświetlaczu „akademia malucha” to się prawie łzami zalewam, bo
wiem co mnie czeka), że Franio jakiś ciepły (38,5) i mu zimno i jakiś dziwny.
No to w samochód, po drodze kupiłam 3 bajki na dvd, bo się n-ka akurat zepsuła,
a 2 chorych w domu to jak Armagedon. Odbieram a on w skowronkach.. Wieczorem
chłodny, w nocy chłodny, rano chłodny. Jak oszalała mierzyłam mu temperaturę i
nic. Ale.. We wtorek przychodnia – Hella chora (jak wyżej), Franz kompletnie
zdrowy. Z karteczką  i naklejką „wzorowy
pacjent” wiozę zucha do przedszkola, bo zdrowy, tak?

Koło południa telefon…. I dawaj ta sama gadka, że ciepły, że
zimno… Nie kicha, nie kaszle, apetyt ma, humoru też mu nie brakuje. Tylko
ciepły się koło południa robi, bez leków przechodzi i spada po godzinie… W
środę zostałam w domu. Koło 13 akcja „gorączka” i pakowanie się pod kocyk bo
zimno. Sru nurofenik, 15 minut później śladu po gorączce nie ma.. Nadal nie
kaszle i nie kicha… W czwartek rano nałapałam siuśków, błogosławiąc, że to
Franio a nie Hella, bo bez porównania jest to łatwiejsze. A delikwenta do
przedszkola.  Koło 13 dzwonią, że ciepły
był ale mu przeszło. Z niezmąconym spokojem odpowiadam, że jakby co w szafce ma
nurofen, a ja będę o 16….

Odebrałam wyniki badań siuśków. Są ok. Teraz to już mu chyba
krwi upuszczę. Spróbuję w poniedziałek jeżeli nadal będzie tak się dziwnie
zachowywał.

 

Jakieś pomysły?? Halooooo jest tu gdzieś dr House?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

podsumowanie tygodnia…

20 lut

Wesoło było ostatnio. Rodziły się dzieci, starzy ludzie obchodzili swoje okrągłe urodziny, a równie starzy kibicowali im dzielnie zalewając się procentami, co by za dużo o tym nie myśleć i nie obliczać. Na przykład tego ile mieli lat i co robili jak hitem było "ice ice baby"…

Ponieważ zalewanie się nienajlepiej mi wychodzi szybciutko obliczyłam, że byłam wtedy w podstawówce.. Na wszelki wypadek walnęłam szybko kolejną lufkę, co by o tym zapomnieć… Jak widać z kiepskim efektem.
Impreza jednak była zacna, towarzystwo przednie, a muzyka jak wyżej :) Bo to tematyczne było szaleństwo – lata 90 sobie przypominaliśmy, mimo, że jubilatka z samego początku 80 tych :) Bawiłam się przednie, tym bardziej, że syn mój jedyny nie zrobił głupiego numeru w stylu "nie będę spał u babci, bo mam swój domek" i nie zawezwał rodziców po odbiór o 1 w nocy, jak było, gdy udaliśmy się na otwarcie Gossip. Zatem pierwszy raz od 3 lat obudziliśmy się rano w domu bez myszorka. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym była wyrodną matką, ale przynajmniej raz na 3 lata coś takiego  powinno się zdarzać. Byłoby jeszcze przyjemniej, gdyby nie to, że w domu pozostało jeszcze jedno małoletnie dziecko (babcia z nią była dopóki nie wróciliśmy, proszę zatem odłożyć telefony i nie dzwonić do opieki społecznej), w dodatku chore. Normalka, prawda? Weekend, rodzice mają imprezę, na którą wyjątkowo wybierają się razem. To przecież idealny moment, żeby się rozchorować…
Zdiagnozowałam zapalenie gardła, podaję leki zapamiętane z poprzedniej infekcji i czekam… JAk jutro się nie poprawi to zawzywam pediatrę do domu, bo do przychodni w aktualnej sytuacji grypowo-wiatrówkowej to się raczej nie wybieram…

Kolejne niusy… Mąż pozbył się motoru. Że sprzedał, to trochę za dużo powiedziane, ale zamienił. Na beemkę….. Taką w wieku pomiędzy naszymi obecnymi, i największą ze wszystkich. Ja naprawdę nie rozumiem tej jego pasji… Mówi, że jedną z tych "swoich" sprzeda, jeszcze tylko nie postanowił, którą :) Jakby nie było cieszę się. Nawet jakby ten cholerny motor na worek ryżu zamienił to bym się cieszyła… Nie będę się martwić na zapas. Podwórko mamy duże. Zmieści się jeszcze kilka "resoraków" mojego męża…

I wiecie co? Nie tylko ja ryczę na "Chirurgach" :) Jak to miło, że są jeszcze inni pieprznięci ludzie na tym świecie :) O właśnie. Jest nowy odcinek. No to pa!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

starość?

18 lut

Próbowałam mojego pierworodnego zapakować w spodnie od piżamy, Liczyłam na jakąś współpracę, ale on zapatrzony w najbrzydszą bajkę na świecie (Tomka), nie bardzo mi pomagał.

-Franio, no co ty robisz? Ile ty masz lat?!
- Tsydzieści pięć, mamo…
- O-o

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ulala!

16 lut

Ula niby malutka, a jednak całkiem duża :) Różowiutka i tłuściutka pojawiła się dziś na świecie tuż przed 16. Wyczekane maleństwo super rodziców. Rośnij im na pociechę, Mała Niedźwiedzico :)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

obiadek?

15 lut

- Franio, a co było dzisiaj na obiad?
- Eeeee, gąsienica.
- ?????????????????????
- Gąsienica, mamo. I ziemniaczki…
Bałam się, ale zapytałam..
- A jakieś warzywka też były??
- Były. Zielone.
- Zielone? A jakie?
- Buraczki
- !!!!!!!!!!!!!!!!!

Muszę się jutro koniecznie dowiedzieć co dzisiaj jadł mój syn w przedszkolu…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

matka ma zawsze rację ;P

13 lut

- Mamooooo, zimno mi.
- Nie jest Ci zimno syneczku.
- No dooobrze.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

szukam żony

12 lut

Nie, nie mam żadnego zdesperowanego kolegi, który szuka żony (chociaż właściwie to mam, ale twierdzi, że zdesperowany nie jest), dla siebie żony szukam. I to takiej z lat 50-tych ubiegłego wieku, takiej co to u Ju znalazłam "specyfikację" o tu.

Orientacji nie planuję zmienić ani mojego męża na żonę. Ja potrzebuję takiej żony dodatkowo. Takiej, co to z uśmiechem będzie mnie witać jak wrócę, (chociaż jak ktoś się smieje, a ja wracam usrana po pracy z niezadowolonymi dziećmi, to mam mu ochotę delikatnie mówiąc pieprznąć między oczy), no jak już musi, to niech się uśmiecha. Niech weźmie ode mnie jedno z dzieci i rozbierze z tych warstw zimowych, niech przyniesie zakupy z samochodu, a ja tymczasem usiądę na schodach, zdejmę buty i te wszystkie kurtki i inne szaliki. A potem zrobi mi kawę i poda dzieciom danonki, bananki i zajmie je na chwilę zabawą, a ja w spokoju i SAMA, bez wrzeszczącego dziecka pod drzwiami łazienki, pójdę się wysikać.

Potem mogę chwilę z nią pogadać, w końcu żony lubią jak się z nimi rozmawia. Namówię ją do zrobienia Helence mleka, a ja tymczasem naszykuję bachorkom kąpiel. Potem już sobie sama wykąpię dzieciaki bo to lubię akurat (zwiastuje to bowiem koniec dnia i wrzasku, a dzieci moje wsadzone do wody uspokajają się nawet z największej histerii i są ładne, grzeczne i pachnące). Jak już położę Helenkę i zejdę z Franiem na dół, poproszę żonę o jakieś placki z otrębów, a ja sobie spokojnie pooglądam z syneczkiem bajki. Później wstawię jeszcze pranie (bo to lubię), ale łaskawie pozwolę jej poprasować, a sama pójdę poczytać Franiowi.
Jak zejdę na dół chciałabym mieć już nalany kieliszek wina i odpalonego laptopa. Jeżeli żona skończyła prasować może wyjąć z pralki i usiąść ze mną. Obejrzymy sobie "na wspólnej" w końcu żony to lubią :)

A potem to niech sobie robi co chce, byle, gdzieś daleko ode mnie, bo ja lubię cisze i spokój….
Pozwalam jej jeszcze poczekać na mojego męża i podać mu kanapki jak wróci po 23, bo ja juz raczej będę wtedy spać. Co do obowiązków małżeńskich, sprawa jest do przemyślenia, bo zdecydowanie są chwile, kiedy chciałabym, żeby mnie ktoś zastąpił :) Jednak to takie oczywiste nie jest.
Na noc, moja żona musi zniknąć. Mąż w sumie też by czasem mógł, bo chrapie jak traktor Ursus z wspomnianych już lat 50tych.
Lubię przestrzeń z czym nie liczy się już mój syn, to reszty sie chociaż pozbędę….
Także żonę potrzebuję jakoś tak od 14 zimą (niech ma trochę czasu na ogarnięcie domu) do 24, a latem od 12-24 (ogród jeszcze trzeba obskoczyć).

Uprzedzam propozycje, które pewnie się pojawią – gosposi nie zatrudnię bo za droga.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wyspa

11 lut

I nie chodzi o fejsbukową grę, ale o wyspę. Taką zwykłą, bezludną. Taką, na którą szczęśliwie nigdy nie trafię. Bo tak jak w życiu nie powinno się mówić nigdy, że nigdy, tak tego jestem jakoś zajebiście pewna. I w sumie dobrze, bo mimo, że nigdy się we własnym towarzystwie nie nudzę, to jednak bez kilku gadżetów (pomijając moje dzieci) bym sobie nie poradziła.
A natchnęło mnie radio jakieś i poranna, bądź popołudniowa audycja. Bo jak już niektórym wiadomo, mój trzyliterowy cud niemieckiej techniki (pochodzący z tego wieku a jest to ważne dla dalszego ciągu tego akapitu), posiada jedynie radio na kasety. Tak, na kasety. KA-SE-TY. Takie z taśmą. Także w samochodzie jestem bezbronna i słucham tego co na FMie serwują. A wybór jak wiecie marny. No to rano albo popołudniu było o wyspie bezludnej i co na nią zabrać. I ja potem biedna myślałam przez pół dnia co ja bym wzięła…

Jak już udało mi się wyeliminować tę myśl "ale ja mam dzieci, nie mogę się rozbić na bezludnej wyspie bo co one beze mnie poczną" i wyobraziłam sobie siebie bez dzieci, męża, rodziny i przyjaciół za którymi obłędnie bym tęskniła, i sobie to wyobraziłam i zwizualizowałam, to w sumie przez chwilę wolałabym utopić się i na tę wyspę nie dopłynąć.
ALE JAKBY…

No to ja nie wiem. Tym bardziej, że zazwyczaj w takiej sytuacji trzeba jedną rzecz wybrać.

Potem pomyślałam, że najbardziej to chciałabym mieć coś na tyłku, bo ja nienawidzę gołym tyłkiem na piachu siedzieć. (Często mi się to nie zdarza, ale jednak skądś wiem, że tego nie lubię). No to przyjąwszy założenie, że rozbijam się na tej wyspie kompletnie ubrana, a nawet w japonkach, skupiłam się na tym co jeszcze powinnam tam mieć, żeby przeżyć. Przeżyć? Hmmm.. No przyjęłam też założenie, że stan rozbicia jest przejściowy i warto przeżyć, zostać uratowaną i żyć długo i szczęśliwie w jakiejś odległej cywilizacji.

No to wstęp już mamy, a teraz moje rozmyślania w tym temacie i kto wie, może konkluzje.

Po wyeliminowaniu laptopa z internetem i komórki za jednym zamachem (brak prądu jest dość powszechny na bezludnych wyspach jak mniemam), skupiłam się na mniej zaawansowanych technologicznie sprzętach.

Na pierwszy ogień (ha!) poszła zapalniczka, co bym mogła sobie banany ugotować, czy coś innego, no bo raczej nie do ogrzewania. Bezludne wyspy są zazwyczaj nieźle ogrzewane. Czyli co? Zapalniczka? Eeee… bananów nie lubię, a ryby zazwyczaj jadam surowe zawinięte w algi, to ogień jakby nie jest mi potrzebny.

Później skupiłam się na czymś przyjemnym, co umiliłoby mi oczekiwanie na ratunek. Beczka wina to był niezły pomysł, ale mogłaby się za szybko skończyć, poza tym to nienajlepiej by o mnie świadczyło, zatem pospiesznie, acz niechętnie się z tej myśli wycofałam.

 Książki w moich rękach kończą się jeszcze szybciej niż wino (a to łatwe nie jest) zatem to też by mi nie zabiło zbyt wiele czasu. No chyba, że byłaby to któraś z (czego akurat kompletnie nie rozumiem) kultowych książek Tolkiena po niemiecku. Zdecydowanie jednak wolałabym jeść codziennie gotowane banany i pić słodkie wino (nie przesadziłam) niż czytać Tolkiena po niemiecku. Także książki odpadają.

Co dalej? No cóż, olśnienie przyszło nagle, chyba na myśl o tym niemieckim i piciu słodkiego wina. Na boga Mietko, noża Ci trzeba! Ostrego pięknego noża, a nawet maczety. Wszystko bym sobie wystrugała, upolowała i pocięła na wstążki, jakbym chciała oczywiście, a jakby mi się już wszystkiego odechciało, przypadkiem trafiłabym w tętnicę i byłoby po kłopocie :)

No i zadowolona z mojego postanowienia, słuchałam dalej i się dowiedziałam, że to, co człowiek wybierze, według psychologów, świadczy o czymś tam. Zapewne o nim samym, ale akurat musiałam trąbić i przeklinać, stąd niekompletne dane. I naprawdę nie wiem o czym świadczy to, że ze wszystkich dóbr cywilizacji ja wybrałam nóż.

Czy ktoś to wie? A może jakieś inne propozycje?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wszystko ci się pomyliło…

09 lut

Powiedział właśnie mój syn.
Ef jest jak Efa, a nie jak Flanek. Fy jest jak Flanek, Ef est jak Efa, mamo!
No i jak tu z takim dyskutować? Ma w sumie rację. Poniekąd :)

Nie było mnie bo kupowałam. Kupowałam wyczynowo buty i spodnie dla moich dzieci. Spodnie, bo się okazało, że wszystkie spodnie Franka są przetarte na kolanach, a buty? No cóż, przetrzeć się nie przetarły, bo wyrosły. Wszystkie 4 małe stópki nagle wyrosły z bucików. Zrujnują mnie…..

A jak już jesteśmy przy bucikach. Ostatnio nie tylko kupowałam ale i sprzedawałam różne za małe buciki. A że moim dzieciom stopy rosną tak szybko, że niektórych butów nie zdążą założyć więcej niż 3 razy, to nawet udaje mi się je czasem posprzedawać. No dobra, przyznaję się, może nie rosną tak szybko, może po prostu mają ich dużo. Ale…. Pochwaliłam się wczoraj mojemu mężowi, że znów udało mi się sprzedać trochę dzieciowych ubranek. Bardzo byłam z siebie dumna i czekałam na pochwałę męża, w końcu taką ma gospodarną żonę!! (pominęłam zgrabnie fakt, że tego samego dnia wydałam w zarze znacznie więcej)
A mój mąż spojrzał na mnie i mówi..
- Już dawno miałem o tym z Tobą porozmawiać! Gdzie są dżinsowe buciki z kwiatkiem??
- Słucham??? Zapytałam szczerze zdziwiona… A do czego Ci one? Nawet na Helenkę już od dawna były za małe, to je sprzedałam.
- Sprzedałaś? Oburzył się, czym kompletnie zbił mnie z tropu..
- No tak.. To źle?
- Bardzo źle! To były jej pierwsze buciki!!
- Kochanie, ale ona zaczęła chodzić w tych fioletowych clarksach…
- A gdzie one są??
- Eeee… dałam Marcie…
- Jak to dałaś?? Ona już nigdy nie będzie miała takich malutkich stópek! Ty wiesz ile ja się zawsze namęczyłem z tymi zapięciami?? One są takie mikroskopijne! No i ona ma coraz większe stopy i już niedługo będzie miała jak Franek i  nie zachowałaś jej malutkich bucików???!!! – naprawdę szczerze był zmartwiony.
o kurwa mać, mój mąż jest w ciąży i na bank szaleją mu hormony…. No bo niby jak to wytłumaczyć??
- A Franka pierwsze buty też sprzedałaś??
- Eeeee, nieeee… powiedziałam i się strapiłam… No bo rzeczywiście… Cholera jasna…
- Kochanie, ja ci radzę znajdź te buciki i je odkup. powiedział całkiem poważnie…..

No i co?
Kilka godzin później.
- Cześć….. wiesz co… ja mam taką nietypową sprawę… Bo te buciki fioletowe…. No wiesz… Mój mąż chyba musi je mieć… Tak, wiem, oszalał… Ale co zrobię? :)

Fioletowe odzyskane. Teraz muszę poszukać dżinsowych z kwiatkiem :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wieje

05 lut

Wczoraj przerobiłam wszystko, deszcz, śnieg, marznącą mżawkę i lodowisko pod domem. Dzisiaj się obudziłam, a przed domem mam trawę, na wierzbie "bazie" a pod kamieniem krokusy. Trochę chyba pospałam…

I tylko tak wieje niepotrzebnie… Całe szczęście, że dzisiaj "tatisiowy dzień" a ja siedzę w pracy, bo moje dzieci w taką pogodę to jakaś tragedia na 4 nóżkach. Od urodzenia tak mają, że jak wieje to są wredne. Pewnie dlatego w taki wiatr zawsze pojawiała się Mary Poppins. Szkoda tylko, że nie u nas…Chociaż w sumie Czereśniową mamy blisko, to może jak się zmieni wiatr wyląduje u nas :)

A u nas zmiany. Wszystko wskazuje na to, że pomimo tego, jak dziwnie wygląda w pisowni rok 2011, może on okazać się całkiem niezły. Wszystko jest na razie w sferze obietnic i wstępnych umów, ale jak tak dalej pójdzie to może się okazać, ze będę spędzać z moim mężem nie tylko wieczory, ale i weekendy i wakacje… No i teraz nie wiem, czy to tak do końca dobrze… Do tej pory zawsze uważałam, że podstawą udanego związku jest niezbyt częste widywanie się. Przyzwyczaiłam się przez prawie 4 lata małżeństwa do wieczorów spędzanych we własnym towarzystwie, towarzystwo nieletnie bowiem wieczorami śpi, a także do wyjazdów na wakacje z mamą, z przyjaciółmi, ale niekoniecznie z mężem. I teraz będę to chyba musiała jakoś znowu ogarnąć i przeorganizować.
Mam jednak nadzieję, że mój mąż znajdzie sobie dużo zajęć, że tak powiem "pozaszkolnych", bo nie wyobrażam sobie siedzenia i trzymania się za rączkę każdego wieczora…

Także z jednej strony cieszę się bardzo, że bachorki niejako odzyskają tatisia, ale z drugiej strony trochę się martwię…. A co, jeśli się okaże, że wcale nie jesteśmy tak udanym małżeństwem jak mi się wydawało? :)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS