RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2012

srałek poniedziałek

27 sie

Czego można się spodziewać po tygodniu, który zaczyna się od wiadomości „kochanie, rozbiłem samochód, nic mi nie jest, gorzej z autem”.
W sumie, optymista powiedziałby pewnie, że teraz to już może być tylko lepiej. Ale nie wiem, czy mam w sobie aż tyle optymizmu..
No ale w dupie z samochodem, ważne, że mój jedyny jak do tej pory mąż, żyje i nic mu nie jest. To byłby dużo większy problem…

A wczoraj skończyłam czytać 3 część serii „Kości” i płynnie przeszłam do 4-tej, która zaczyna się od katastrofy lotniczej. Super. Naprawdę rewelacja. Jak będę w niedzielę wsiadała do samolotu na pewno sobie nie przypomnę z detalami opisów porozrywanych ciał…
Muszę szybko skończyć tę część, może następna będzie mniej koszmarna, chociaż szczerze mówiąc się tego po autorce nie spodziewam :) No ale może w mniej „wakacyjnym” klimacie chociaż będzie.

Jak już w temacie wakacji jesteśmy, to wczoraj jakimś cudem udało mi się spakować większość rzeczy i teraz na luzie mogę wypruwać z siebie flaki w ciągu tygodnia, nie martwiąc się, że o czymś zapomnę. Wspomagając się listami tworzonymi od przeszło miesiąca, spakowałam bowiem wszystko, a nawet kilka rzeczy więcej. Dumna jestem z siebie jak nie wiem :)

A teraz czas na ostatnią rundę dzisiejszego dnia. Kąpiel bachorków uwieńczoną czytaniem bajki i śpiewaniem kołysanek. Aaa i bieganiem po schodach kilka razy, bo na pewno coś jeszcze później będą ode mnie chcieli. No nic. Trzymajcie za mnie kciuki, żeby nie skończyło się jak poprzednio…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

bez lukru

24 sie

Jestem Mietka, mam 35 lat i dziś wieczorem nakrzyczałam na moje dzieci. To nie pierwszy raz, ale dziś wyjątkowo mi z tym paskudnie… Pewnie, że mogłabym się tłumaczyć, że zmęczona jestem, bo i pracuję i mam na głowie cały, niemały dom, opieka nad dwójką małych dzieci spoczywa wyłącznie na moich barkach, a za tydzień z małym kawałkiem lecę z nimi SAMA na wakacje i wciąż się wszystkim martwię.
Ale dziś i tak mam uczucie, że nic mnie nie tłumaczy.
Teraz siedzę sama, dzieci śpią, ja piję wino i mam kaca. I mi źle. Nie powinnam. Powinnam być twarda jak skała i jednocześnie miła jak pluszowy miś. Tulić, karmić, całować i sprawiać, żeby dzieci były najszczęśliwsze na świecie, a tymczasem ja nakrzyczałam na nie jak piętnasty raz wylazły z łóżek i czegoś ode mnie chciały… Prosiłam, tuliłam, śpiewałam i czytałam, a chwilę później zamieniłam się we wrzeszczącego potwora, na którego sama, gdybym tylko miała okazję, patrzyłabym z odrazą i przerażeniem.
Nie chcę taka być.
Chcę być najlepszą mamą na świecie, a jestem zmęczonym, wkurwionym potworem. Zamiast głaskać i przytulać w nieskończoność myślę o tym, że pranie, zmywanie, prasowanie, pakowanie. Samo się nie zrobi, a ja jestem tylko jedna. Ich dwoje i tak bardzo mi czasem źle.
Niby wszystko wiedziałam, a jednak są takie dni, kiedy kompletnie wszystko mnie przerasta. I wtedy mam ochotę dać sobie po pysku… Idę do nich jak już śpią. Całuję potargane łebki, wsłuchuję się w spokojny oddech i marzę o tym, żeby rano żadne z nich nie pamiętało krzyczącej mamy…
Chciałabym być ich najlepszym wspomnieniem. Najwspanialszą osobą na świecie. Chciałabym być taką na jaką zasługują. A jestem niedoskonałym, zmęczonym i rozdrażnionym człowiekiem.

Wkurwia mnie moja niedoskonałość. I po raz kolejny obiecuję sobie, że to już ostatni raz.

Dolewam sobie wina, zapalam papierosa i nadal koszmarnie mi źle…

Aktualnie niezbyt siebie lubię.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przerwa w dostawie

22 sie

Jakoś tak pechowo jest ostatnio. Wczoraj wróciłam do domu i jak już ogarnęłam tę kuwetę to zapadłam się w kanapę i… dupa blada. Internet nie żyje. Resetowałam. Przełączałam kabelki, nie zawsze dobrze jak się okazało i gdy zawiodły wszystkie znane mi sposoby z konsultantem netii włącznie. Zadzwoniłam do naszego IT Support i jak zwykle przyjechał, podotykał, ponabijał się ze mnie, ale pomogło. Ożył. Internet znaczy się. A ja już z rozpaczy konfitury z mirabelek smażyłam…
Internet działa, konfitury z robione, minął kolejny dzień pracy, wracam do domu, już dobrze po 17 było, a tu babcia siedzi przed domem i mówi, że fazy nie mamy. Trochę szkoda, bo ta akurat faza obsługuje lodówkę, mikrofalówkę, telewizor,ciepłą wodę, laptopy i router oczywiście. I jeszcze parę innych sprzętów, ale akurat nie były mi potrzebne. Memory fajf, „pan prąd” i witam się grzecznie i pytam kiedy mi zwrócą fazę, bo nie wiem czy gnać przez piętra z przedłużaczem.
- 4 godziny tak lekko licząc, nie będę pani okłamywał. to potrwa..
Hmmmm… poprosiłam teścia, naszego Boba Budowniczego, czy by się nie dało jakoś tych faz zamienić miejscami, bo niekoniecznie potrzebuję światło w sypialni, a prąd w lodówce przydałby się bardziej. Udało się, prąd wrócił, dzieci wykąpane, dobranocka obejrzana, mleko zagrzane i znów mam internet.
I tylko się zastanawiam, jak już tak „dobrze” mi idzie, czego jutro nie będzie jak wrócę….

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

panika

20 sie

Wpadam w lekką panikę. Do wyjazdu zostało 12 dni, a ja cały czas mam wrażenie, że o czymś zapomniałam… Mam nadzieję, że to raczej coś w stylu „nie mam przeglądu”, a nie „mój dowód osobisty traci ważność”, bo tak jak samochód mi się raczej nie przyda, przynajmniej mój własny, tak dowód osobisty a i owszem. Ale to nie dowód. Ani mój, ani dzieci. Także nie wiem. Poza tym cały czas żyję w błogim przeświadczeniu, że 30 kg bagażu podręcznego to jest naprawdę bardzo dużo i upchnę tam jakoś wszystkie koszulki, sukienki i crocsy moich dzieci. No i moje of course. Cięższe rzeczy czyli laptop, leki, kosmetyki, pościel i ręczniki szczęśliwie jadą nie ze mną.. No i nóż, bo to w podręcznym raczej nie przejdzie.
Jak to miło, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy mnie lubią. Bo to przecież nie jest takie oczywiste :)
Ja to się czasem ludziom dziwię :) Pyskata jestem, złośliwa i upierdliwa, a i tak mnie lubią. No nie wszyscy, wiem przecież!

Ale wróćmy do paniki, bo cały czas taki dygot wewnętrzny odczuwam… może ktoś ma jakiś pomysł o czym ja mogłam zapomnieć na niecałe 2 tygodnie przed wyjazdem?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

hop hop

17 sie

Wychodząc rano do pracy radośnie wskoczyłam w szpilki, ale przezornie wsadziłam baleriny do torebki, bo planowałam jeszcze zakupy, a dwoje dzieci i dwie szpilki po 8 godzinach pracy to macz tu macz jak na piątkowe popołudnie. Odbieram Helenkę ze żłobka, a ona patrzy na mnie zdziwiona..
- mamo! co Ty masz za buty?
- zmieniłam córeczko na inne, będzie mi wygodniej bo idziemy do sklepu – tłumaczę się trzylatce
- ale gdzie twoje HOPSASY???? – zapytała oburzona

Aż się zachwiałam rechocząc. Dobrze, że nie miałam hopsasów na nogach bo już na bank bym się wypierdzieliła…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

no sama nie wiem..

17 sie

Już wolałam sama z siebie, a nie, żeby mnie tak odgórnie… No i sama nie wiem.. Najważniejsze, że notki zostały. Później jakoś to ogarnę…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ulepszanie

10 sie

Ja doprawdy nie rozumiem tej obsesji ulepszania. Nic tylko by mi ulepszali wszystko. Facebook postanowił, że lepiej mi będzie w osi czasowej, a teraz blog mój własny koniecznie chcą mi ulepszyć, bo niby tak będzie lepiej. Ale niby komu ma być lepiej? Z ową osią wcale mi lepiej nie jest, bo już nic nie mogę u siebie na profilu odnaleźć, wszystko jest zupełnie nie po mojemu, a ja mi się jeszcze do bloga dobiorą to już na bank się nie rozpoznam i zapłaczę. Ale nie, cholera, ktoś stwierdził, że tak mi będzie lepiej. Od jakiegoś czasu molestują mnie, żebym zrobiła to JUŻ TERAZ! Bo jak nie, i tu grożenie wirtualnym paluszkiem, to oni mnie sami ulepszą. Zostało mi 6 dni na podjęcie decyzji i jakoś mi się do tego nie spieszy..

Jestem w osi i wpadłam w pętlę. Czasu. Mam wrażenie, że albo jest poniedziałek albo piątek. Już nic nie rozumiem i nie ogarniam. Od kiedy pracuję jak normalny dorosły człowiek, znaczy się od poniedziałku do piątku, zupełnie nie wiem gdzie umyka mi czas. Co chwila jest piątek, a ja zachodzę w głowę jak to możliwe? I teraz nie wiem, czy to oznacza, ze starzeję się szybciej niż wtedy gdy pracowałam 3 dni w tygodniu? Paradoksalnie bardzo mi ta zmiana odpowiada. Może poza tą wizją szybszego starzenia się.

Jakby mi się nie podobało do urlopu niecierpliwie odliczam i przebieram nóżkami wpadając jednocześnie w delikatną panikę. Zostały 3 tygodnie a ja mam tylko leki dla dzieci i szampon. Ubrań wypranych mam coraz mniej bo i pogoda praniu nie sprzyja i jak tak dalej pójdzie będę je suszyć oddechem na dwa dni przed wylotem. Ale co tam.. kostiumy i kąpielówki szybko schną. Przetrę dzieciakom crocsy mokrą szmatą i jakoś damy radę :) W końcu nie planuję zakładania im nic więcej…

Mój telefon codziennie kusi mnie słoneczkiem w mojej pogodowej aplikacji, pokazując mi, że temperatura w okolicach Wenecji jest dwukrotnie wyższa od naszej obecnej, wręcz bliżej jej do temperatury mojego ciała niż tej przed domem.
I już widzę siebie nad basenem w moim nowym kostiumie doglądającej spod ronda kapelusza czy dzieciątka nadal mają główki nad wodą.. Nie mam pewności jakie zasady obowiązują we Włoszech i jak szybko interweniuje opieka społeczna, ale w moich marzeniach  mam w ręku kieliszek schłodzonego prosecco. I kindla w drugiej… O błoga naiwności…

A z niusów, mój mąż stwierdził, że za dużo wydaję i powiedział, że musi się zająć skalpingiem kosztów. Przysięgam, że tak się wyraził. Zarządzanie tymi wszystkimi restauracjami chyba mu troszkę w głowie przewróciło, bo się dopytuje czy nie da się na czymś zaoszczędzić i czy aby na pewno musimy płacić za to, zeby mieć w domu porządek. No doprawdy… Oczywiście, że nie musimy, ale moja propozycja, żeby wobec tego przejął tę niewdzięczną czynność, nie spotkało się z entuzjazmem. Zaproponowałam zatem, żeby skalpingiem się zajął, ale nie w domu a jeżeli nawet to niech koszty tnie, ale nie moje, bo ja mogę w odwecie zastosować skalping  na jego czaszce. Musiałam być przekonująca bo odpuścił. Po przeliczeniu wydatków okazało się bowiem, że najwięcej kosztów generują dzieci, a wspólnie ustaliliśmy, że nie planujemy ich oddać. Przynajmniej na razie.
Tym bardziej, że ich przyszłość rysuje się w jasnych barwach…
- Franio, a kim chcesz być jak dorośniesz?
- Dinozaurem
- Kochanie nie możesz być dinozaurem, jesteś chłopcem. Możesz być lekarzem, strażakiem, inżynierem (postanowiłam zawęzić wybór, żeby mu nie wprowadzać niepotrzebnego zamętu)
- No dobrze, jak już bardzo chcesz to zostanę strażakiem…

- A ty Helenko?
- Ja bendem ksienźnićkom mamo!

No i tego się trzymajmy :) W końcu bycie księżniczką to nie taki zły plan na życie.

p.s. A wiecie, że będzie Macierzyństwo bez Lukru2? A wiecie, że ja też tam będę? :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

trzydzieści i pięć :)

05 sie

Wczoraj była impreza na tarasie :) Śmiało mogę powiedzieć, że jedna z lepszych w moim życiu, o ile nie najlepsza.
Urodziny i rocznica ślubu. Rodzina, przyjaciele, znajomi.
Dziękuję Wam!

taaaak, ja wiem… urodziny były 35, ale jak miło było to rozbić na urodziny i rocznicę. I chyba już tak zawsze będę robić :) polecam!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ja nie potrafię?

02 sie

Sierpień moi mili zaczął mi się w nowej pracy. Praca jako taka nową nie jest bo i uczelni nie zmieniłam ani tego czym się zajmuję, zmieniło się natomiast miejsce i forma zatrudnienia. No tak, w końcu doczekałam się mojego wymarzonego etatu. A co za tym idzie musiałam wypełnić milion dokumentów, kwestionariuszy, przejść szkolenie bhp u najbardziej znudzonego człowieka na świecie, dzięki któremu dowiedziałam się jednak jak mordercze potrafią być segregatory.
Dostałam nawet kartę obiegową, która jak sama nazwa wskazuje służy do biegania i zdobywania pieczątek. To jak taka gra. Odszukaj miejsce, właściwą osobę i zdobądź jej podpis w odpowiednim okienku. Między innymi trafiłam do "sekcji ds obronnych", gdzie miły pan, o dziwno nie w mundurze, ale wyglądał na takiego, co ma ich w szafie przynajmniej z pięć zaraz obok opartego o ścianę karabinu, kazał mi "spocząć". Spoczęłam grzecznie na krześle gdy on tymczasem wypełniał dokumenty "w razie wojny i mobilizacji". Mam nadzieję, że żadne z powyższych nie nastąpi, bo ja z zasady nie biegam, tym bardziej pod obstrzałem.
Pieczątkę zdobyłam i pobiegłam dalej. Kadry, płace, znowu kadry, zostały dwa. Strażak i kartoteka odzieżowa. Nie pytajcie lepiej….
Przybyłam sobie zatem do pracy bladym świtem, zaparkowałam na jedynym bezpłatnym parkingu w centrum naszego pięknego miasta i kurcgalopkiem pognałam na pięterko. Kilka godzin później postanowiłam zakończyć bieganie z obiegówką i wybrać się po te dwa brakujące stempelki. No to do samochodu i… no sama nie wiem… gdzie ja później zaparkuję… ?

To może tramwaju użyję, skoro to 4 przystanki w jedną potem z powrotem i 3 w drugą i z powrotem. Ha! Nie to, żebym taka sprytna była, tylko ktoś mi tak powiedział, bo ja od lat kilkunastu z komunikacji miejskiej nie korzystam. Podobnie jak nie biegam pod obstrzałem i tak samo się cieszę na samą myśl. Ale ten parking…. No nic myślę sobie. JA NIE POTRAFIĘ?
Kupiłam bilety, co już samo w sobie łatwe nie było i na przystanek. Wypytałam czym jechać, dostałam gazetkę i czekam. Po 10 minutach byłam już zaniepokojona, że nie jedzie to, w co powinnam wsiąść. Rozglądam się i czytam… że zmiana jest i to co powinno nie przyjedzie w ogóle.. Wsiadłam w to co przyjechało i postanowiłam dwa kolejne przystanki sobie przejść.
Już w tramwaju dzwoniłam do męża, przyjaciółki i mamy, czy przypadkiem nie są w okolicy i nie zechcieliby mnie uratować. Wysiadłam, Idę, pot mi się leje po tyłku, bo ciepło a ja nie przywykłam do maszerowania ani w tej ani w innej temperaturze, i nagle przebłysk geniuszu. Mój brat!!
Uratował mnie 2 przystanki dalej, zabrał wycieńczoną, odwodnioną i nieco zdezorientowaną i zabrał po ostatni brakujący stempelek, do strażaka.
Pełna entuzjazmu i schłodzona klimą w aucie jak ta kozica wskoczyłam na 2 piętro i…. strażaka w klamkę pocałowałam…
"nikt pani w kadrach nie powiedział, że na urlopie jestem?" zapytał miły pan, gdy zadzwoniłam pod numer wypisany nad klamką. No nie jakoś, cholera jasna. Nie powiedział.

No to se polatałam. Ale przysięgam, jakby mnie mój brat nie uratował i jakbym tam dygała tym tramwajem co akurat nie jeździ, to by mnie szlag jasny na kawałki rozerwał.

Ale, pomijając wszystkie niedogodności związane z formalną stroną mojego zatrudnienia, praca jest super i jestem pełna optymizmu :)

Ale do tramwaju nie zamierzam się zbliżać przez kolejnych kilkanaście lat.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS