RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

po co mi mąż

30 cze

Pod ostatnią notką pojawił się u mnie dość trafny komentarz, że właściwie mój mąż jako mąż jest bezużyteczny. I rzeczywiście takie można odnieść wrażenie. Bo przecież nigdy go nie ma i bliżej mu do ufo, o którym to wszyscy słyszeli, ale nikt go nie widział, ale zasadniczo mąż mi się przydaje. Jak już jest. Hmmm.. może powinnam to posumować w punktach i wracać do tego wpisu jak sama zwątpię?
No to spróbujmy… Tylko tak na początek.. Czy to, że go po prostu kocham, mam umieścić na pierwszym czy na ostatnim miejscu listy? Czy zaraz po, czy przed tym, ze doprowadza mnie do szału? Jak widać nic nie jest oczywiste i jednoznaczne w naszym życiu, ale spróbuję to usystematyzować.
Ale najpierw idę zapalić i zebrać myśli..
No dobra najpierw rzeczy przyziemne
1. dba o to, żebym zawsze miała zatankowany i sprawny samochód. ja tylko nim jeżdżę, nawet nigdy nie dolewałam płynu do spryskiwacza.
2. nawet jeżeli nie będzie mógł być wtedy, kiedy zapraszam gości, pomaga mi w przygotowaniach i kupuje cięższe rzeczy, żebym nie musiała tego robić sama
3. jeżeli jest na imprezach, wszystko przygotowuje sam i jest super gospodarzem
4. akceptuje wszystkie moje koncepcje dotyczące domu i dzieci
5. nie kłóci się ze mną w kwestiach wychowania i zawsze stoi ze mną po jednej stronie barykady
6. naprawia to co się popsuje, nawet jeżeli to trochę trwa
7. pracuje ciężko, żeby niczego mnie i dzieciom nie brakowało
8. nigdy nie zapomina o rocznicy ślubu i moich urodzinach (bo to jednego dnia, ale zawsze)
9. uwielbia nasze dzieci, nawet jeżeli nie jest w stanie poświęcić im tyle czasu ile bym sobie tego życzyła, a na punkcie Heleny ma totalną korbę
10. bardzo często mówi mi, że pięknie wyglądam i nie tylko wtedy, gdy ma niecne zamiary
11. moją mamę traktuje lepiej niż własną i rozumie jak ważna jest dla mnie. Nigdy nie usłyszałam od niego „znowu rozmawiasz z mamą?” chociaż rozmawiam z nią kilka razy dziennie…
12. nasi przyjaciele i znajomi zawsze mogą liczyć na jego pomoc, szczególnie jak kupują bmw lub utkną gdzieś pod Rzeszowem
13. codziennie rano wstaje o 6 i idzie z dziećmi na dół zrobić im mleko, żebym ja mogła się spokojnie naszykować do pracy, nawet jeżeli położy się o 2 czy 3 w nocy
14. w weekendy robi to samo, ale budzi mnie dopiero po 9, żebym mogła się wyspać

I może nie ma go ze mną na wakacjach i większość wieczorów spędzam sama, ale w gruncie rzeczy lepiej mi z nim, niż byłoby mi bez niego. Owszem nasze życie nie jest łatwe, bo nigdy nie jest łatwo żyć z pracoholikiem, ale chyba nie mamy wyjścia. Nie wydaje mi się, żeby samej było mi lepiej. Pomijając kwestie nieruchomości i finansów, to jednak lepiej zostać razem niż zaczynać wszystko od nowa bóg wie z kim i z jakim efektem. Bo jaką miałabym gwarancję, że następny będzie lepszy? I że w ogóle będzie?
Poza tym, nawet jeżeli czasu dla dzieci ma niewiele, to i tak jest dla nich najlepszym tatą na świecie. Innego nie znają i mam nadzieję, że nigdy nie będą musiały poznać.

Rozwód to nic nowego w mojej rodzinie, właściwie nowością byłoby, gdybym się nie rozwiodła, ale ja chciałabym przełamać tę rodzinną „tradycję”. Wytrwać i nie poddać się, nawet jeżeli czasem wydaje mi się, że jestem nieszczęśliwa i samotna. Mam wrażenie, że gdybym naprawdę została sama, dopiero wtedy poczułabym jak to jest być samotną i nieszczęśliwą.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

idealny wieczór

29 cze

Koniec czerwca, sobota, dzieci śpią. Mam wino, bób i sex w wielkim mieście… I to nic, że jak zjem kilogram bobu będę miała brzuch jak w 5 miesiącu ciąży, od wina będzie mnie bolała głowa, czerwiec jest a pogoda kwietniowa, a sex w wielkim mieście w wersji filmowej to już nie to samo co sex w serialu. To wszystko nic. I tak mi dobrze.Na razie.
Za 3 tygodnie o tej porze będę żywcem zżerana przez kaszubskie komary. Nie mogę się doczekać :)

Wspominałam już, że mój mąż nie jedzie z nami na wakacje? Hmmm.. nawet mnie nie zaskoczył. Właściwie to nie mam pewności, czy wspólne 10 dni to nie za dużo na raz. Tak się przyzwyczaiłam, do tego, ze na wakacje jeżdżę sama z dziećmi, że mógłby mi przeszkadzać :)

Ale tak z ręką na sercu. Zupełnie mi to w tym roku nie przeszkadza. Jadę niedaleko, z moją mamą. A mój mąż bardziej jest mi potrzebny przez te 2 tygodnie, kiedy dzieci są w domu a ja w pracy. Także tym razem nawet się nie wkurzyłam. Albo te leki naprawdę są cudowne…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kilka słów

27 cze

Ale się zagapiłam :) Ale w sumie się nic nie działo. Była ładna pogoda to siedzieliśmy w ogrodzie i reanimowaliśmy nasze życie towarzyskie. Mówiąc reanimowaliśmy mam na myśli bardziej siebie i dzieci niż mnie i mojego męża, bo jak tak dalej pójdzie i on jednak nie zacznie odpoczywać i czasem być w domu a nie w pracy, to reanimować trzeba będzie jego.
Ponieważ nie mogę się martwić o cały świat, a mój mąż jest już dorosły, postanowiłam martwić się już o niego mniej w porywach do wcale. Szczególnie dzisiaj bo mnie wnerwił.
Po wygranej walce wciąż wrze mi krew w żyłach i jak tylko zaczyna odrobinkę stygnąć pojawia się nowa misja o którą warto stoczyć bój. Na przykład dobranocka. Czy wiecie, że ta banda trzymająca władzę uznała, że dobranocka jest już niepotrzebna? Bo dzieci mają minimini, disney junior itp. i już nie muszą wiedzieć, że po dobranocce się idzie spać. Pewnie, odbierzmy im wszystko i zostawmy tylko wiadomości i inne, podobnie krwawe programy.

Na razie na szczęście dobranocka jest i moje dzieci wiedzą kiedy kończy się dzień. Ale niech no tylko zobaczę jakąś lukę w ramówce o tej godzinie a mnie rozerwie. Także śledźcie pasek w tefałenie. Lada moment się tam znajdę.

Z tej lub z jakiejś innej przyczyny, bo pomysłów na walkę mam sporo. A na razie wracam do bardziej przyziemnych zajęć, bo właśnie kończy się dobranocka…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wygraliśmy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

13 cze

Jeszcze wczoraj wieczorem, po sesji Rady Miejskiej sytuacja nie wyglądała różowo. Już byliśmy umówieni w wydziale edukacji na kolejne starcie. Ale koło południa zadzwonił telefon – przedszkole. „Gratuluję, Helenka jest przyjęta. I wszystkie pozostałe dzieci również. Jutro możecie podpisać umowy”. Huk kamora, który spadł mi z serca słychać było pewnie nawet w Krakowie. Wygraliśmy. Dwa tygodnie nerwów, kombinacji i niezliczone rozmowy z rodzicami pozostałych dzieci. Ustalanie strategii, pisanie odwołań, spotkania z dziennikarzami, ale udało się. Pokonaliśmy tę cholerną bzdurę. Rozsądek, upór i nasza nieustępliwość pokonała idiotyczne przepisy i kryteria.

Jak już opadły mi emocje, po 1000 skoszonych metrów trawnika, dotarło do mnie, że mieliśmy szczęście. Trafiło na grupę osób, które postanowiły walczyć i się nie poddawać, które nie odpuściły. Wykorzystały znajomości w mediach i wspólnie zorganizowali się do walki o swoje dzieci. Mieliśmy wsparcie w cudownej Pani Dyrektor naszego przedszkola, w Radnej Miasta, która nas wysłuchała i doprowadziła do nagłośnienia tego problemu wśród szerszej grupy osób, które mają, przynajmniej teoretycznie, jakąś „władzę”. Daliśmy radę. Ale mogło być przecież zupełnie inaczej.
Nie wiem co byłoby, gdyby ktoś takiego wsparcia nie miał. Pewnie nie pozostałoby mu nic innego jak tylko podkulić ogon, popłakać i poszukać miejsca w innym przedszkolu. Teraz widzę, że walka ma sens, że można wygrać. I na fali tego sukcesu mam ochotę na więcej.
Już się zastanawiamy z pozostałymi rodzicami, co jeszcze możemy zmienić…

Co powiecie na likwidację gimnazjów i przywrócenie ośmioletnich podstawówek? Kto staje z nami do wspólnej walki?

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kolejny etap…

12 cze


http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35136,14083681.html

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

walka cd.

10 cze

Walka trwa. Dziś było spotkanie z Radną naszego cudownego miasta. Jest fajnie, wszyscy są po naszej stronie, tylko jakoś wolałabym mieć to na piśmie a Helenkę w przedszkolu.
A nie na pierwszej stronie gazety.
Ale jeżeli to pomoże nam wygrać….

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

matka polka walcząca

07 cze

Od tygodnia walczę. Walczę o miejsce w przedszkolu dla mojej córki. Okazało się, że to nie błąd komputera. To cholerny błąd systemu, kraju w którym żyjemy. Miasta, w którym kryteria przyjęcia do przedszkola są absurdalne i nijak mają się do rzeczywistości. 9 dzieci chodzących do przedszkola obecnie, nie zostało do niego przyjętych na kolejny rok. Oczywiście nie przyszło nam, rodzicom do głowy, żeby wpisać jakieś inne przedszkole na listę. Bo niby po co? Skoro dzieci do przedszkola już chodzą, to przecież nie będziemy im co roku szukać nowego. W końcu to małe dzieci i niekoniecznie powinno im się fundować taką traumę co roku.
I tym sposobem teraz muszę walczyć. I ja i rodzice pozostałych dzieci. Z czego dwoje to właśnie rozdzielone rodzeństwa.
Państwo opiekuńcze, prorodzinne. No ja cież pierdzielę….
Napisaliśmy odwołania do wydziału edukacji, p. Dyrektor z naszego przedszkola również walczy o „swoje” dzieci. Dzisiaj ściągnęliśmy prasę. W poniedziałek Radną z komisji edukacji, jak tak dalej pójdzie trafię w końcu na ten pasek w tefałenie, bo choćby skały srały, Helenka do tego przedszkola chodzić musi.

Cholerne kryteria przyjęcia, okazuje się, że kontynuacja jest daleko na liście priorytetów. To najbardziej idiotyczna rzecz, którą słyszałam. I będę z nią walczyć. I dla Helenki i dla reszty naszej 9 i dla tych dzieci w przyszłym roku też. A co!
Oflaguję się, głodówkę rozpocznę, a jak to nie pomoże to odstawię leki i wtedy dopiero będzie dym!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS