RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2013

Kaszuby i ani słowa więcej

22 lip

Napisałabym Wam jak mi dobrze, ale po co mam wkurzać tych, którzy na urlopie chwilowo nie są… Dlatego nie napiszę jak leniwie i przyjemnie upływają mi dni. Jak pięknie wygląda jezioro pod niebieskim niebem i gorącym słońcem. Nawet nie wspomnę o tym jak dobrze bawią się ze sobą moje dzieci. Żeby nie denerwować innych powinnam również przemilczeć fakt, że grzecznie śpią w jednym dużym łóżku, a co więcej zasypiają zmęczone i uśmiechnięte po dobranocce, a ja mam czas na picie wina i jedzenie doskonałych serów kupionych na Jarmarku Wdzydzkim w miłym, wesołym towarzystwie Kaszubów, których znam od prawie 30-tu lat.
Żeby nie irytować zmęczonych ludzi pracy słowem nie wspomnę o czytaniu książek nad jeziorem, gdy dzieci budują zamki i fosy z piasku. A już fakt, że pogoda jest wspaniała, my opaleni może sfrustrować nawet najbardziej odpornych.
Dlatego słowa o tym nie napiszę i wyłączę komputer, bo nawet nie chce mi się go włączać, tak mi dobrze.

Mam nadzieję, że nigdzie nie napisałam, że moje dzieci, które wstają o 6 rano, włączają sobie rano film, biorą po jogurcie i dają mi spać do ósmej?

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jak stała się lepszą matką

14 lip

W poprzedniej notce napisałam, że dzięki tym cudownym lekom, które biorę mimo tego, że „pani nie jest chora psychicznie, tylko jest w bardzo trudnej sytuacji”, stałam się lepszą matką. Nie czepiam się, jestem bardziej wyluzowana, (dzisiaj nawet pozwoliłam dzieciom napić się po łyku coca-coli i nie dostałam migotania przedsionków), nie krzyczę, nie daję się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. A po dwóch dniach w domu z dziećmi nie trzęsą mi się ręce i nie zaczynam mamrotać. Mam dużo więcej energii , a przy okazji mniejszą żądzę krwi i mordu. Nawet jak prowadzę samochód przez rozkopane centrum miasta.
Właściwie dochodzę do wniosku, że to nie ze mną jest coś nie tak, bo biorę te leki, problem jest raczej ze wszystkimi innymi, bo ich nie biorą.
Chyba sobie powinnam dorabiać w dziale marketingu firmy farmaceutycznej, która produkuje mój „prozac”. Trochę mnie tylko martwi, co będzie jak przestanę go brać. Ale ponieważ nadal biorę, martwi mnie to jedynie – tylko trochę.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jestem jestem

14 lip

Otchłań mnie pochłonęła. Nazywa się elektroniczny indeks i studenci VI roku kończący studia. Przez ostatnie dwa tygodnie „stworzyłam” tymi właśnie paluszkami, które do Was piszą 130 nowych lekarzy. Z mniejszymi lub większymi kłopotami, bo a tu wpisu brakuje, a tu ktoś zapomniał coś donieść, załatwić itp. Ale mietka na posterunku czuwała i jakoś się udało. Zostało jeszcze koło setki. Ale to już później bo właśnie zaczął mi się urlop.
I jakoś tak czuję, że to jest niezbyt dobry moment na urlop. Pierwszy raz czuję, że raczej powinnam być w pracy… I teraz nie wiem czy ta choroba mojego męża może być zaraźliwa?
Ja jednak nie zamierzam rezygnować z urlopu i mam bogate plany towarzysko-wyjazdowe. Najpierw wtorek-środa nad zalewem u Ewy, a w sobotę bladym świtem ruszamy do Wdzydz. To już będzie 3 raz na tym blogu, a w ogóle to już nie wiem który… Może i nie jest to super ekstra luksusowe miejsce, a i pogoda nie rozpieszcza, ale jakoś lubię tam jeździć. Co nie zmienia faktu, że jakoś tak koło listopada planuję zamoczyć tyłek w jakimś ciepłym morzu. Ale to na razie odległa przyszłość.
Jedno co mnie przeraża w wyjazdach „w Polskę” to pakowanie. Do Włoch we wrześniu spakowałam rzeczy letnie, na Kaszuby w lipcu muszę zapakować coś na lipiec, marzec, listopad, trochę majowych i całkiem sporo wrześniowych ubrań. I kalosze. Duuuużo kaloszy. I kurtek przeciwdeszczowych i parasoli. Wspominałam już o kaloszach?
No i apteczka, czyli moja mega korba wyjazdowa. Muszę mieć wszystko. Chociaż i tak zawsze trafi się coś, na co akurat nie mam lekarstwa. Pierwszy raz Helenki we Wdzydzach zaczął się trzydniówką, w Rowach Franek miał zapalenie spojówek, innym razem tuż przed wyjazdem podejrzewany był o wiatrówkę. Z tym sobie poradziłam, zaszczepiłam oboje i już 3 czy 4 razy gratulowałam sobie tego pomysłu. (Tak, to najlepiej wydane 4 stówy w historii leczenia moich dzieci).
Wyjazdy przyprawiają mnie o mrowienie w receptorach apteczkowych i muszę mieć listę. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, ja mam listę wszystkiego
- zakupów na wyjazd
- rzeczy do spakowania do ubrania (osobna lista dla każdego podróżnika)
- inne (czyli np. korkociąg itp.)
- absolutnie najważniejsze rzeczy, których zapomnienie grozi zawracaniem (laptop, pysiaczek Frania, miś Helenki i kocysie oraz wszystkie ładowarki)
– lista kosmetyków
- no i najważniejsze – APTECZKA.
Apteczka jest duża, taka 50x40x30, z półeczkami, plastikowa, sztywna, żeby się nic nie porozwalało, albo co gorsza potłukło. No i muszę mieć wszystko. Na katar, na kaszel, na ugryzienia, żeby nie gryzło, na sraczkę, na brak sraczki, na skaleczenia, oparzenia, plastry z hello kitty, plastry bez hello kitty. Na gorączkę Franka i na gorączkę Helenki (to niestety nie jest to samo). No i moje polepszacze humoru, dzięki którym jestem zdecydowanie lepszą matką i dużo cichszą. I właśnie czas nadszedł zrobienia list. Także chyba się chwilowo rozłączę i sprawdzę przed jutrzejszą eskapadą do „miasta” czy czegoś mi nie brakuje. Wrócę później.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS