RSS
 

Brazylijska telenowela…

15 maj

Połowa lutego, na świeżo odzyskanych skrzydłach i 12 centymetrowych obcasach biegnę na bal z koleżankami. Zabawa średnia, ale w pewnym momencie wieczoru pojawia się ktoś, komu pierwszy raz, już bez obrączki, zdjętej kilka dni wcześniej z palca, mówię „jestem w separacji”…  Może nie do końca oficjalnej, ale tak to się właśnie zaczęło…

Później doszły smsy, spotkania, nawet spacer i godziny przesiedziane w samochodzie. W sumie fajnie, ale od początku wiadomo było, że to szufladka z kategorią „Just for fun”. I tyle. Nadal mieszkałam jeszcze z mężem, czekając na koniec  malowania mojego nowego mieszkania z dala od lasu. Nie czułam, że robię coś złego, w końcu decyzja została podjęta a walizki spakowane… I tak to się powoli toczyło.

2 marca wróciłam do Łodzi. Do mojego ukochanego syfiastego centrum i do mojego mieszkania, w którym wszystko od nowa układałam na półkach. Dzieci zadowolone, ojciec i mąż jeszcze czasem się pojawiał więc dużej zmiany nie odczuły. Ja nie chwaliłam się swoimi rozrywkami, zapewniając, że nie szukam i nie chcę nikogo na jego miejsce. Bo jakby nie było nie chciałam…

A potem nagle ścięło mnie z nóg.. 2 doby temperatury oscylującej w granicach 40 stopni i potworny ból w dole pleców. Zapalenie nerek. Ląduję z mężem na IP, przyjmują mnie na oddział, on jedzie po moje rzeczy i nagle w przebłysku świadomości dociera do mnie, że on ma mój telefon…  Dzwonię z telefonu pielęgniarki i słyszę jak cedzi przez zęby „Kim jest M.”?

O kurwa…

(Trzyma w napięciu, nieprawdaż? )

Przyjeżdża moja mama i mój tata. Dzieci u Najlepszej, gdzie mają spędzić czas, kiedy mnie będą leczyć. Chociaż leczenie to w tej chwili mój najmniejszy problem. Mąż szaleje. W sumie nie wiem czego się spodziewał, jak od niego odchodziłam, ale ego i męska duma ucierpiały w tym starciu poważnie. Gdy się pojawia w szpitalu ciskając gromy jestem już na tyle osłabiona, że nawet nie mam siły się bronić… Opowiadam całą tę „romantyczną historię”, dodając, że dostałam to, czego nie miałam w domu. Zainteresowanie.

„Byłeś beznadziejnym mężem, a jeszcze gorszym ojcem” rzucam mu w twarz.

Zapada cisza…

Wychodzi… Nie mam pewności, czy jeszcze go zobaczę w innych okolicznościach niż sala sądowa….

Kolejne dni w szpitalu mijają mi pod znakiem szoku i niedowierzania.

„Będę o Ciebie walczył, choćbym nawet musiał walczyć z Tobą” – to tylko słowa, które pewnie już kiedyś słyszałam, ale każdy następny dzień wprawia mnie w coraz większe osłupienie. Mimo, że dziećmi zajmuje się moja Najlepsza (święta kobieta, flaszką jej każdy dzień wynagrodziłam), mąż i ojciec zachowuje się tak jak mąż i ojciec powinien. A jak dostaję sms „nauczyłem Franka wiązać sznurówki” osuwam się na łóżku bliska omdlenia :D

I czekam, kiedy mu się znudzi, bo ni cholery nie wierzę, że to potrwa zbyt długo…

Po wyjściu ze szpitala jeszcze 2 tygodnie spędzam w domu. Razem zawozimy dzieci, odbieramy, mąż wozi na treningi, o których nawet do tej pory nie wiedział, że istnieją… Chodzimy na kolacje, spacery po Piotrkowskiej z dziećmi na hulajnogach. Rozmawiamy…

A ja czekam kiedy mu się znudzi, bo nadal nie wierzę..

On mi nie ufa, że skończyłam z M. ja nie ufam jemu,  że tak będzie już zawsze .

Czasem sielankę przerywa wybuch, któregoś z nas. Walczymy. Nadal nie wiedząc, co nam z tego wyjdzie…

Dzieci szczęśliwe, w końcu mają dwoje rodziców na pełny etat. Jak się okazuje pracę też da się pogodzić z wychowaniem dzieci i bywaniem w domu.

Co pewien czas wypływa temat M. , który w dość dramatycznych okolicznościach (bez obaw wszyscy żyją), kończy się dopiero niedawno. Oboje dokonujemy rytualnego katharsis , obficie spłukując winy winem i żyjemy nadal. Razem, silniejsi  niż kiedykolwiek.

Ja zaczynam wierzyć, że tak będzie zawsze, co więcej tego właśnie chcę.

Rozmawiamy, śmiejemy się razem.

Czasem nawet trzymamy się za ręce.

Facet, którego zostawiłam, bo tego nie potrafił mi dać. Oboje daliśmy sobie szansę. Tym razem na moim terenie i na moich warunkach.

Nie umiem żyć i być szczęśliwą poświęcając siebie. I nie zamierzam o tym już nigdy zapomnieć….

Mam coś co ma mi o tym przypominać. Ma przypominać nam obojgu..

 

hero

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 
  1. ~Pusiak

    11 czerwca 2015 o 09:50

    Bo czasem trzeba coś stracić, żeby zrozumieć jakie to było ważne :) Trzymam kciuki :)

     
  2. ~Aśka

    16 maja 2015 o 09:33

    Zatkało mnie, ale pozytywnie
    czasem potrzeba dostać takiego kopniaka od życia, żeby docenić co się ma
    Życzę Ci, żeby wszystko to czego pragniesz spełniało się :))))

     
  3. ~MadMar

    15 maja 2015 o 23:04

    Bo czasem żeby coś docenić, trzeba to stracić…
    Wy w pewnym sensie straciliście Wasza bliskość, wspólny kierunek.
    Trzymam za Ciebie kciuki, za Wasze szczęście.

    Aha, i wierzę w to, ze cos miedzy ludźmi na prawdę ważnego sie dzieje, ze decydują sie na wspólne życie, wiec fajnie ze probujecie.
    Oby wszystko było po Waszej myśli, obys Ty zawsze pamiętała o sobie:)

    Życzę Wam szczęścia!

     
 

  • RSS